czwartek, 13 czerwca 2013

I do południa wampirom śmierć...

... czyli, mała opowieść o kosmetyku, przez który nie zostanę dziewczyną Edwarda, Damona, Lestata ani żadnego innego zimnokrwistego faceta ;)
                                                                               
Synesis
Krem czosnkowy
                                                      
OBIETNICE PRODUCENTA:
Absolutna nowość na polskim rynku - istny koktajl antyseptyczny i uszczelniający naczynia.
Ekstrakt z czosnku działa łagodząco, antyseptycznie i przeciwzapalnie.
Dodaliśmy do receptury escynę i kofeinę - one wspaniale poprawiają mikrokrążenie, zmniejszają kruchość naczyń krwionośnych - naczynia wreszcie stają się elastyczne.
Jest w nim klasyczna witamina E, olejek z oliwek, doskonałe masło carte i inne składniki. Ich połączenie działa widocznie dobroczynnie na stan i wygląd skóry.
Zawiera wyciąg z polskiego eko czosnku.
Apetyczny zapach czosnku znika z twarzy po około 30 sekundach.
                                                 
SKŁAD:
aqua, glicerin, olea europea fruit oil, allium sativum bulb extract, dicaprylyl ether, squalene, cetearyl alcohol, butyrospermum parkii butter, hydrogenated vegetable glycerides, potassium cetyl phosphate, cera alba, xanthan gum, p-anisic acid, capryly glycol, hydrogenated palm glycerides, tocopherol, helianthus annuus seed oil, dimethicone, ammonium acryloyldimethyltaurate/vp copolymer, alcohol, phospholipidis, escin, fucoidan, caffeine, potassium phosphate, citric acid
                                                
11 składników aktywnych: oliwa z oliwek, ekstrakt z czosnku, squalene, masło shea, witamina E, olej z pestek słonecznika, fosfolipidy, escyna, fucoidan, kofeina, wosk pszczeli
                                                            
MOJE WRAŻENIA:
Krem ma śnieżnobiały kolor i lekką jakby mleczno-kremowa konsystencję z drobnymi bardziej zwartymi grudkami, które przypominają mi przeciskany przez praskę czosnek, a jednocześnie z łatwością rozpuszczają się w trakcie aplikacji nie pozostawiając po sobie śladu.
Zapach no cóż - jak sama nazwa mówi jest czosnkowy i tym go czuć. Na szczęście nie jest to mocny i odstraszający z odległości 5km aromat a jedynie jego namiastka, która można poczuć w trakcie aplikacji kosmetyku lub zbliżenia nosa do słoiczka. Nie utrzymuje się długo i znika już po kilku minutach od nałożeniu kremu.
                                                                       
                                                                               
Krem szybko się wchłania dobrze nawilżając i natłuszczając a przy tym nie pozostawia tłustego filmu jednak po jego  użyciu skóra nie jest matowa. Od razu po nałożeniu kosmetyk nadaje jej taki zdrowy glow, który myślę, że bardzo przypadłby do gustu osobom z suchą i matową skórą. U mnie jednak sprawia, że twarz bardzo szybko i niezbyt estetycznie się wybłyszcza.
Co do obiecanego działania antyseptycznego to mam mieszane uczucia. W trakcie użytkowania kremu nie wyskoczył mi żaden poważny (czytaj wielki, czerwony, bolesny i trudny do wytępienia) pryszcz jednak pojawiało się sporo małych wypełnionych białą substancją krostek, których nie miałam na twarzy już od bardzo dawna.
W kwestii poprawy mikrokrążenia i uelastyczniania naczynek krwionośnych niestety się nie sprawdził. Po każdym jego zastosowaniu skóra była zaczerwieniona a naczynka widoczne. Zauważyłam również, że niwelował dobroczynny wpływ na rumień innego kremu stosowanego równolegle z nim.
Przy regularnym stosowaniu tego kosmetyku na dzień moja skóra stała się miła, miękka i gładka w dotyku, jednak wymagał wspomagania bogatym kremem na noc, gdyż w przeciwnym wypadku szybko stawała się przesuszana i szorstka.
Przy próbie wzbogacenia go kwasem hialuronowym uzyskałam skutek w postaci wysypu białych krostek i podrażnień w okolicy brody.
                                   
Opakowania nie ocenię bo w moje ręce trafiła jedynie odlewka o pojemnosci około 10-15ml (tak na oko), która i tak okazała się bardzo wydajna, i pozwoliła mi dokładnie przetestować krem oraz podjąć decyzję czy zakupię pełnowymiarowy produkt, czy nie. W tym przypadku jestem na: NIE. 
                                        
Podsumowanie: Pomimo efektów ubocznych stosowania tego kosmetyku uważam że jest dobry ale zdecydowanie nie do mojej cery. Myślę, że dużo lepiej sprawdziłby się u osób z suchą i matową skórą wymagającą nie tylko odżywienia ale także delikatnego nabłyszczenia.

wtorek, 11 czerwca 2013

DIY: Rozjaśnianie podkładu

Odkąd tylko zaczęłam używać podkładów mam z nimi ciągłe problemy, a właściwie to jeden główny problem:wszystko jest dla mnie za ciemne. Nawet wśród kosmetyków mineralnych, które posiadają szerszą gamę kolorystyczną ciężko mi dobrać coś dla siebie.
Ostatnio jednak olśniona odkryciem sklepu kolorówka.com postanowiłam raz na zawsze pozbyć się problemów bez kupowania, kolejnych zalegających w szufladach podkładów... Zamówiłam bazę kolorystyczną Color Blend White i pobawiłam się w małego chemika ;)
                                                    
Do akcji rozjaśniania podkładu przygotowałam:
- duży pojemnik,
- sitko,
- aplikator i mieszadełko - u mnie w jego roli wystąpił nożyk do cytrusów Tupperware,
- pędzelek do kosmetyków mineralnych Sunshade Minerals,
- baza kolorystyczna Color Blend White 10g,
- mniejszy pojemnik - tu słoiczek po kremie,
                                
Poza tym co na zdjęciach przydadzą się również:
- czysta twarz bez makijażu,
- lusterko.
                                                                            
Zatem do dzieła:
1. Mieszankę minerałów przesypałam do mniejszego pojemnika. Musi on być na tyle duży, żeby w trakcie dodawania bazy i mieszania nic się nie wysypywało.
                                                                     
2. Za pomocą obieraczki Tupperware dodałam do mieszanki odrobinę białej bazy.
                                                                                     
3. Całość wymieszałam.
                                                                             
4. A następnie przesiałam przez siteczko.
Biała baza ma tendencję do delikatnego zbrylania co może skutkować powstawaniem białych grudek w masie podkładu, które roztarte na twarzy stworzą nieestetyczne i ciężkie do usunięcia smugi. Przesianie wszystkiego przez siteczko likwiduje ten problem.
                                                                       
 Po przesianiu i dokładnym wymieszaniu można przejść do testów: za pomocą pędzelka trzeba nanieść odrobinę mieszanki na fragment twarzy i ocenić jak podkład stapia się z kolorytem skóry. Jeżeli efekt nie jest zadowalający to trzeba powtórzyć kroki od 2 do 4 aż do uzyskania oczekiwanej barwy. Ja musiałam to zrobić 11 razy i oto jak wygląda efekt końcowy:
                                                    
W zbliżeniu zmiana kolorystyki prezentuje się w następujący sposób:
                                                               
Jak widzicie sporo się napracowałam ale efekt zdecydowanie jest tego wart bo wreszcie mogę zużywać mineralne zapasy bez obawy, że będę wyglądała jaj po przeszczepie głowy ;)
Color Blend White zwiększa również poziom krycia podkładów co jest mi zdecydowanie na rękę bo moja skóra nie prezentuje się teraz najlepiej.
                                                      
Korzystając z tego sposobu można rozjaśniać właściwie wszystkie sypkie kosmetyki, które tego potrzebują.
                                       
Czy Wy równeiż macie problemy z kolorami podkładów?
Jak sobie radzicie z tym problemem?

niedziela, 9 czerwca 2013

Krwiście-Soczyście

Nie wiem czy jest sens opisywać kosmetyk, który był w sprzedawany dawno temu w edycji limitowanej ale jako, że jest to jedno z moich ulubionych mazideł do ust kilka sów Wam o nim opowiem ;)
                                                        
 Essence
The Twilight Saga Eclipse Collection Lipgloss
01 Lunch at Cullen's

MOJE WRAŻENIA:
Opakowanie to standardowa tubka zawierająca 4g produktu z aplikatorem w formie gąbeczki. Całość jest maleńka więc zmieści się nawet w najmniejszej torebce czy kieszeni. Niestety jednak jej widok jest mało estetyczny bo napisy szybko i nierównomiernie schodzą z plastiku brudząc ręce srebrnymi drobinkami. Aplikator jest duży i spłaszczony. Nie sprawia problemów przy malowaniu i łatwo się nim posługiwać. Nabiera sporo produktu ale jest to odpowiednia ilość do uzyskania zdecydowanego efektu a kosmetyk nie znika w błyskawicznym tempie.
                                                                                    
                                                                                  
Błyszczyk pachnie słodko, cukierkowo i bardzo przyjemnie. Jego konsystencja jest rzadka i lekka ale nie lejąca. Nie rozpływa się ani nie migruje po twarzy za to niestety dosyć szybko znika, co w sumie jest zrozumiałe bo to błyszczyk a nie tint czy lakier do ust.
Kolor mazidła to ciemna prawie bordowa czerwień z dodatkiem niebieskiego pigmentu, którego niestety nie udało się uchwycić na zdjęciach oraz całą masą maleńkich złotych drobinek. Efekt podkreślenia ust jaki nam daje można stopniować. Przy cienkiej warstwie efekt jest lekki i pół-transparentny natomiast przy zastosowaniu jego większej ilości uzyskujemy wygląd wampira świeżo po posiłku ;) Drobinki pięknie nabłyszczają i rozświetlają usta optycznie je powiększając co jest bardzo ważne przy tak ciemnej barwie a jednocześnie nie zmieniają ust w kulę dyskotekową. Na szczęście zarówno barwa jak i drobinki znikają równomiernie bez zbierania się w załamaniach i tworzenia białych farfocli na wargach. W trakcie noszenia jak i zjadania się kosmetyku drobinki nie migrują po twarzy.

                                                   
Jak prezentuje się na ustach możecie zobaczyć TUTAJ.
                                                    
Niestety jest już praktycznie nie do zdobycia (LE), no chyba, ze trafi się w sieci jeszcze jakaś zabłąkana sztuka ;) Kiedy jednak można go było zdobyć w drogeriach sieciowych, niesieciowych i perfumeriach to kosztował około 7,50zł.
                                                             
OCENA: 5/6
                       
Podsumowanie: Świetny błyszczyk o pięknym kolorze i przystępnej cenie. Szkoda, że to LE i nie znajduje się w stałym asortymencie marki bo chętnie bym do niego wracała.

piątek, 7 czerwca 2013

Terrakottą po polikach ;)

Dziwnie to pisać ale właściwie już wyczerpałam limit kosmetyków pielęgnacyjnych do zrecenzowania i teraz przerzucam się na kolorówkę wiec wszyscy spragnieni kolorów mogą się cieszyć ;)
Dzisiaj na tapecie wstęp do kolorówki moim ulubionym kosmetykiem do makijażu, czyli różem.
Zapraszam :)
                                           
Golden Rose
Terracotta Blush-On
09
                                                                      
OBIETNICE PRODUCENTA i SKŁAD:
Rozświetlający róż do policzków z drobinkami złota.
                                                               
MOJE WRAŻENIA:
Zacznę standardowo od opakowania: prosta, plastikowa przejrzysta kasetka ze złotą naklejką z tyłu i złotą otoczką wokół różu. Takie opakowanie jest w miarę solidne i dobrze się zamyka, chociaż nie za bardzo wierzę w jego trwałość w kontakcie z podłogą, jednak wygląda tandetnie i łatwo się rysuje. przy zakupie zapakowane jest w złoty, połyskujący wszystkimi kolorami tęczy kartonik z dziurką przez które widać róż.
Aplikatora w środku nie uświadczysz co może być dla niektórych wadą jednak mi jest to nawet na rękę bo i tak zawsze nakładam kosmetyki pędzlami.
Zakupić go można zarówno w sieci, firmowych salonach Golden Rose jak i w wybranych drogeriach. Za 4g niezwykle wydajnego (po ponad miesiącu regularnego i kilku nieregularnego użytkowania nie widzę w nim jeszcze ubytku) kosmetyku zapłacić trzeba około 25zł.
                                                         
                                                                     
Niestety zdjęcia nie oddają dobrze jego barwy chociaż w sumie to chyba w ogóle nie jest możliwe. W opakowaniu kosmetyk ma kolor średniego, bardzo delikatnie ocieplonego lub przybrudzonego (jak kto woli) różu z milionami maleńkich złotych drobinek, które nie są jednak brokatem i na pewno nie zrobią krzywy ani nie dadzą efektu kuli dyskotekowej. Po nałożeniu na twarz jego kolor całkowicie się zmienia - pod wpływem pH, czasu i pewnie wielu różnych czynników utlenia się dopasowując do karnacji u mnie stając się mieszanką różu i brzoskwini a drobinki ładnie i nienachalnie rozświetlają skórę. Jak wygląda u Angel możecie przekonać się TUTAJ.
                                         
Po lewej w słońcu a po prawej w cieniu.
                                           
Pigmentacja jest dobra co widać na palcu czy pędzlu jednak nakłada się delikatnie. Jego wypiekana, dosyć twarda formuła sprawia, że nabiera się w minimalnej ilości co daje możliwość stopniowania koloru jaki otrzymujemy na twarzy. Dzięki temu daje efekt lekkiego rozświetlenia, ożywienia i odświeżenia nadając buzi młodzieńczy i promienny wygląd.
                                              
Roztarty na dłoni u góry w cieniu, dwa zdjęcia na dole w słońcu
                                                                 
Użytkowanie go jest bardzo przyjemne i bezproblemowe. Pachnie słodko-chemicznie-pudrowo ale jest to aromat tak subtelny, że wyczuć go można jedynie drastycznie przykładając nos do jego powierzchni. Łatwo i oszczędnie nabiera się na pędzel nie pyląc ani się nie osypując a złote drobinki nie migrują też po twarzy w ciągu dnia.
Dobrze współpracuje zarówno z płynnymi podkładami utrwalonymi pudrem jak i z minerałkami nie tworząc nieestetycznych plam. Trzyma się dzielnie przez kilka godzin a potem powoli blaknie. Robi to jednak równomiernie tak, że nie trzeba się bać dziwnego efektu mozaiki na buźce a gdy nadchodzi już czas rozstania zmywa się zupełnie bezproblemowo czymkolwiek czego używamy do zmywania makijażu.
Regularnie nakładany nie zapycha ani nie robi buźce żadnej krzywdy.
                                           
OCENA: 5/6
                       
Podsumowanie: Dobry, trwały i bardzo uniwersalny róż, który sprawdzi się zarówno u osób wprawionych w stosowaniu takich kosmetyków jak i u początkujących. Jeżeli jesteście na zakupie różu to uważam, że warto mu się bliżej przyjrzeć.

środa, 5 czerwca 2013

Cudowne kropelki...

Dawno temu powinna była się pojawić ta recenzja jednak w związku z tym, że kosmetyk jest nieziemsko wydajny zawsze, gdy nadchodziła jego kolej odstawiałam go na koniec kolejki bo pojawiało się coś wymagającego natychmiastowego pokazania na blogu.
Tym razem jednak będę stanowcza i w końcu opiszę Wam największe cudo jakie znajduje się w mojej kosmetyczce :)
                                   
Clarins
Olejek do twarzy
Blue Orchid Face treatment Oil
Dehydrated skin
                                                      
 OBIETNICE PRODUCENTA i SKŁAD:
                                                                                          
MOJE WRAŻENIA:
Opakowanie choć początkowo wywoływało we mnie mieszane uczucia oceniam jak najbardziej na plus. Szklana buteleczka z również szklaną pipetką sprawiają, że aplikacja jest dziecinnie łatwa a opakowanie nie wchodzi w reakcje chemiczne z zawartością. Dzięki takiej aplikacji kosmetyk jest niezwykle wydajny a jego cena nie boli ;) Obawiam się jednak, że gdy kosmetyk zacznie sięgać dna wydobywanie go będzie stanowiło problem, gdyż pipetka nie sięga do samego końca buteleczki. Całość zapakowana jest w kartonowe pudełeczko, które chroni cenną zawartość przed światłem.
Za 30ml specyfiku, który dostaniemy w perfumeriach i internecie zapłacić trzeba około 150zł.
                                                                   
                                                                                     
Olejek ma płynną konsystencję jednak jest ona gęściejsza niż woda ale trochę rzadsza niż zwykły olej czy oliwa z oliwek. Ot taki rzadki olejek ;) Jego kolor jest jaskrawożółty ale transparentny a zapach intensywny i przypominający geranium - uwielbiam go :)
                                                                                    
Podobno ten olejek można stosować zarówno jako serum jak i jako zamiennik kremu, jednak ja nie wyobrażam sobie, że mogłabym nic na niego nie nałożyć więc zawsze aplikuję go pod krem. Nakładam go zawsze wtedy, gdy okazuje się, że kremy, które stosuję są niewystarczające a moja skóra reaguje na nie ściągnięciem, szorstkością i pogorszeniem kolorytu. Przy takim stosowaniu działanie kosmetyku jest wręcz bajeczne. Skóra jest odpowiednio nawilżona i natłuszczona, przy regularnym stosowaniu staje się miła, miękka i gładka w dotyku a naturalne zaczerwienienia, w które obfituje moja płytko unaczyniona twarz stają się niewidoczne. Dodatkowym jego atutem jest to, że nie przetłuszcza twarzy ani nie wzmaga jej świecenia - wręcz przeciwnie, dzięki niemu skóra pozostaje dłużej matowa. Przy długotrwałym stosowaniu kosmetyku efekty się utrwalają co sprawia, że stopniowo można zmniejszać ilość aplikowanego płynu, a w konsekwencji spokojnie przerwać jego stosowanie nawet na kilka miesięcy co dodatkowo zwiększa jego wydajność.
Jakichkolwiek negatywnych skutków ubocznych jego stosowania nie odnotowałam.
                                                                                  
OCENA: 6/6
                             
Podsumowując: Świetny kosmetyk o doskonałym działaniu i ogromnej wydajności co sprawia, że cena nie boli. Co prawda mam jeszcze pół buteleczki ale już wiem, że gdy się skończy sięgnę po kolejne opakowanie (w planach wersja do skóry suchej i naczynkowej) a potem po kolejne, i kolejne, i kolejne... Dla mnie to ideał, przy którym wystarczy nawet najzwyklejszy krem.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Zużycia: maj 2013

Skoro pokazałam Wam już zakupy i ulubieńców to czas na ostatni post podsumowujący maj,czyli zużycia. Poszło mi bardzo dobrze co z resztą sami zobaczycie :)
Zapraszam :)
                                                           
KOLORÓWKA:
  
1. Verona Butterfly potrójne cienie do powiek - Recenzja KLIK.
2. Vollare Cosmetics cienie do powiek Tercet 44 - Najjaśniejszy cień z trójki, który mi spadł i pokruszony wylądował razem z cieniem Verona w opakowaniu zastępczym. Recenzja KLIK.
3. Etre Belle Lash-Xpress & hyaluronic Mascara 01 - Recenzja KLIK.
                                     
ZAPACHY:
 
 4. Playboy Play it Lovely Body Mist - Opinia KLIK.
5. Avon In Bloom EDP - Piękny kwiatowy zapach. Słodki ale nie nachalny i nie duszący. Świetny na wiosnę. Kiedyś na pewno kupię pełnowymiarowe opakowanie.
6. Yves Rocher Comme Une Evidence L'eau EDT - Śliczny kwiatowy wiosenno-letni zapach. Dosyć intensywny ale nie nużący, bardzo długo się utrzymuje. Gdy będę na kupnie zapachu to rozważę nabycie dużej butelki.
                                                    
 PIELĘGNACJA TWARZY:
 
 7. Decubal Face Wash Nawilżająca pianka do mycia twarzy - Recenzja KLIK.
8. Decubal Face Vital Cream Wypełniający i rewitalizujący  krem do twarzy - Recenzja KLIK.
9. Invex Remedies Silver Touch Ag 123 Innowacyjny, antybakteryjny tonik ochronny na bazie srebra - Recenzja KLIK.
10. Flos Lek Laboratorium eye CARE delikatny krem pod oczy do skóry wrażliwej - Recenzja KLIK.
11. Decubal Face Cream Odżywczy i intensywnie nawilżający krem do twarzy - Recenzja KLIK.
12. Cleanic Chusteczki do demakijażu Grape VIT Formula - Recenzja KLIK.
13. L'biotica Dermomask Efektywna Regeneracja - Recenzja KLIK.
14. Lovely Natural Lip Balm anti age Balsam o działaniu odmładzającym - Recenzja KLIK.
                                                              
 PIELĘGNACJA CIAŁA:
 
 15. Bielenda Ameryka SPA Peruwiańska sól do kąpieli jagoda acai & awokado, nawilżenie + anti-age - Pięknie pachnie świeżo i orzeźwiająco, barwi wodę na jasną zieleń. Pełni role relaksacyjno-odprężającą. Nie odnotowałam jakiegokolwiek wpływu na skórę i zastosowanie po kąpieli balsamu do ciała jest niezbędne. Niestety powoduje osadzanie się brudu na wannie. Myślę, że zakupię jeszcze inną wersję zapachową.
16. Original Source Seasonal Edition British Strawberry Shower - Ładnie ale delikatnie pachnie truskawkami. Zapach niestety znika z ciała w momencie spłukania wodą. Myje OK ale daje bardzo mały poślizg gąbce i słabo się pieni przez co musiałam go dużo wylewać i szybko się skończył. Trochę przesusza skórę. Raczej nie zdecyduje się na kolejne zakupy żeli tej marki.
17. Cztery Pory Roku Ecodermine Intensywnie Nawilżający Balsam do ciała Nawilżające Eco Jabłko - Pięknie pachnie zielonym kwaśnym jabłkiem. Świetnie się rozprowadza, wręcz błyskawicznie wchłania, nie pozostawia tłustej ani lepkiej warstwy. Nawilża OK - dla skóry normalnej będzie świetny jednak moja ma teraz jakieś wygórowane wymagania i łydkom nie dał rady :( Na pewno kiedyś do niego wrócę gdy stan mojej skóry się poprawi.
18. FA Sport Double Power 72h Cool Fresh Anti-perspirant - Bardzo ładnie pachnie, dobrze chroni, nie podrażnia po depilacji, nie zauważyłam żeby przebarwiał ubrania. Będę do niego wracała.
19. Fennel Peeling do Ciała - Intensywna Pielęgnacja i Ujędrnianie Peeling do Ciała o zapachu Kremowego ciastka z kokosem - Recenzja KLIK.
20. Fennel Masło do ciała Mandarynka Tonizuje i działa uspokajająco - Rewelacyjnie pachnie pomarańczową mambą, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i przyjemnie nawilża. Nie bieli jak wersja ogórkowo-melonowa i jest bardziej wydajna. Polecam :)
                                                    
 DŁONIE:
 
 21. Decubal Hand Cream Nawilżający, zmiękczający i ochronny krem do rąk - Recenzja KLIK.
22. Synergen Krem do rąk do skóry suchej - Jedyna tego zaleta to ładny zapach. Sam krem to nic innego jak połączenie sylikonu z wodą. Ma lekką i prawie płynną konsystencję. Po rozprowadzeniu dosyć szybko zasycha tworząc sylikonowy film, który ma dawać wrażenie wygładzenia i nawilżenia ale tak naprawdę skóra pod nim jest nadal sucha. W kontakcie z wodą zamienia się w śluz, który trzeba zmyć mydłem co prowadzi do dalszego wysuszania skóry. Nie wrócę do niego bo to porażka.
                                                         
STOPY:
 23. Superdrug Deodorant Foot Spray - Ładnie pachnie drzewem herbacianym i cytryną. Przyjemnie odświeża stopy i niweluje zapach w butach.
 24. Farmona Nivelazione Dezodorant do butów i stóp - Pachnie tania męską wodą po goleniu. Nieźle odświeża stopy i buty zwalczając przykry zapach.
 25. Acerin Zdrowe Stopy Cool Relax Żel chłodząco relaksujący Na zmęczone i ciężkie nogi - Recenzja KLIK.
 26. On Line Sól do stóp z ekstraktem z kasztanowca i imbiru Relaksuje i odświeża - Poza zabarwianiem wody na mocno żółty kolor i średnio przyjemnym zapachem nie zauważyłam żadnego jej działania. Zakup bez sensu, dobrze, że się skończyła.
                                             
WŁOSY:
27. Dabur Amla Gold Olej do włosów - Recenzja KLIK.
28. Schwarzkopf Gliss Kur Hair Repair Marakesh Oil & Coconut Ekspresowa maska regeneracyjna - Ładnie orientalnie pachnie, dobrze zabezpiecza włosy, trochę je nawilża oraz nadaje im piękny połysk. przy stosowaniu częściej niż raz na tydzień bardzo obciążała mi włosy. Bardzo wydajna.
29. Nivea Szampon nadający objętość Volume Sensation - Ładnie pachnie i dobrze się pieni. Zawiera SLSy  ale z olejami praktycznie wcale sobie nie radzi. Dla mnie porażka z resztą mojemu mężczyźnie też nie przypadł do gustu.
30. Zrób Sobie Krem Olej Arganowy Organiczny - Śmierdzi kozą, pierońsko ciężko się zmywa ale włosy po nim pięknie błyszczą i są dobrze nawilżone.
                                                          
Poza tym co na zdjęciach zużyłam jeszcze:
31. Barwa Mydło Powszechne Biały Wielbłąd - Używałam go do prania pędzli i z tego zadania wywiązuje się świetnie ale jego konsystencja jest zbyt mało zwarta i szybko się skończyło.
                                                          
To już wszystko co udało mi się zużyć w maju. Jak widzie poszło mi bardzo dobrze i nadrobiłam część zaległości z kwietnia. Mam nadzieję, że czerwiec będzie równie owocny w ubytki ;)
                                  
A jak tam Wasze majowe zużycia i denka?
Dużo Wam ubyło czy kosmetyki nie chciały się kończyć?

sobota, 1 czerwca 2013

Ulubieńcy maja 2013

Kolejny miesiąc upłynął w zastraszającym tempie więc czas na ulubieńców ;)
                                             
TWARZ:
 
                                        
Nadal niezmiennie na mojej twarzy królowały minerały Annabelle Minerals. Są niezawodne a efekt jaki dają bardzo przypadł mi do gustu.
                                                                
 Cienie pod oczyma, w które obfitował maj z racji całej masy stresów likwidował prawdziwy specjalista w postaci korektora Yves Saint Laurent Touche Eclat No 1.
                                               
Policzki upiększałam cudeńkiem Gosh Bronzing Shimmer Powder 002 Pink, który pomimo słowa "shimmer" w nazwie daje bardzo subtelny praktycznie matowy efekt. Kosmetyk ten okazał się idealnym rozwiązaniem na trudne czasy ponieważ jest łatwy w obsłudze i wręcz nie można nim przedobrzyć ;)
                                                    
OCZY:
                                                    
Jako, że w końcu przyszła wiosna na powieki wkroczył radosny turkus w postaci kreski robionej za pomocą Yves Rocher Wodoodporna Kredka do Oczu 05 Turkusowa. Co prawda jej wodoodporności nie sprawdzałam ale pięknie trzyma się na oku od nałożenia do zmycia i bajecznie schodzi przy choćby delikatnym przetarciu płynem micelarnym.
                                       
W dni wymagające zdecydowanej trwałości na powieki wkraczał MAC Superslick Liquid Eye Liner w kolorze Pure Show.
                                                           
                                                 
Na linii wodnej standardowo już odświeżała spojrzenie Catrice LE Hollywood's Fabulous 40'ties Eyebrow Lifter 001 Casablanca Higlight's.
                                                  
USTA:
                                           
Tym razem wyjątkowo skromnie i mało krzykliwie na co dzień usta malowałam Virtual Błyszczyk do ust Rock me Baby 146, który choć różowy w opakowaniu na ustach jest lekko brzoskwiniowy i daje efekt subtelnego nabłyszczenia.
                                              
Gdy chciałam odrobinę mocniej podkreślić usta oraz je nawilżyć sięgałam po Clinique Chubby Stick 06 woppin' watermelon. Jest to najlepsza z dostępnych na rynku kredko-balsamów. Rewelacyjnie pielęgnuje wargi i nadaje im subtelny kolor. Pomimo, że jest droga to chętnie będę do niej wracała.
                                                
ZAPACH:
                                                            
Na co dzień zapachowym ideałem mojego wybrednego nosa w maju okazał się MEXX Fly High EDT.
                                            
Na większe wyjścia i nosowe kaprysy wybierałam Giorgio Armani Aqua di Gioia Essenza, czyli połączenie owocowej słodyczy i drzewnej cierpkości.
                                                  
PAZNOKCIE:
                                                    
Ponieważ moje paznokcie są w opłakanym stanie zamiast męczyć je kolorem stawiam na odżywianie Wibo Eliksir z jedwabiem.
                                             
To już wszyscy ulubieńcy. Jak widzicie mało nastąpiło zmian i jakoś wyjątkowo sięgałam po bardziej stonowane kolory. Mam nadzieję, że czerwiec okaże się lepszym miesiącem i chętniej będę się malowała na kolorowo.
                                      
A jak Wam upłynął miesiąc?
Znaleźliście jakichś ulubieńców czy trzymacie się stałych i bezpiecznych zestawień kosmetycznych?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...