Zima to ciężki czas dla ust. Narażone są na działanie mrozu, wiatru, ogrzewania a tym samym zmian temperatury, klimatyzacji i pewnie jeszcze wielu, wielu innych czynników, które akurat teraz wyleciały mi z głowy, dlatego tak ważna jest odpowiednia pielęgnacja, która nie tylko sprawi, że będą pięknie wyglądały ale również zapobiegnie przykrym dolegliwościom jak pierzchnięcie czy pękanie. W związku z tym, że zima w końcu i do nas zawitała chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o trzech kultowych już kosmetykach do pielęgnacji ust. Jeżeli jesteście ciekawi czy ich reputacja to prawda, czy tylko mit to zapraszam do dalszej części posta.
Na pierwszy ogień pójdzie praktycznie sięgające już dna The Body Shop Lip Butter. Posiadam wersję jagodową Blueberry, choć szczerze mówiąc koło borówek to ona nawet nie leżała. Zapach jest przyjemy, świeży, słodkawy, no po prostu ładny i apetyczny ale z tymi pysznymi owocami ma niewiele wspólnego, choć może to tylko mój nos jest taki wybredny ;) W każdym razie OK. Smak jest początkowo słodki ale potem pozostawia po sobie dziwny syntetyczny posmak. Niezbyt to smakowite ale w końcu masełko nie służy do jedzenia tylko do smarowania, więc tutaj również nie jest źle, choć mogłoby być ciut lepiej. W opakowaniu ma biały kolor i nałożone na usta ten kolor utrzymuje. Im więcej go nakładamy tym bardziej bieli a jako, że ja lubię sobie na noc zapodać porządną dawkę nawilżenia to wyglądam dość zabawnie i poza Halloween to raczej bym się nie odważyła tak wyjść do ludzi. Konsystencja jest bardzo przyjemna i rzeczywiście maślana, a na dodatek topi się pod wpływem ciepłoty ciała dzięki czemu łatwo nabiera się na palec i to w dość sporej ilości. Nie wpływa to jednak negatywnie na wydajność i wbrew moim początkowym obawom można się nim długo cieszyć. Niestety ta przyjemna konsystencja jest zamknięta w niezbyt udanym plastikowym słoiczku, który jest dosyć wysoki i wąski więc trzeba mieć krótkie paznokcie do jego wydobywania. Na domiar złego balsamy wypełnia jedynie połowę opakowania, co już na wstępie utrudnia sięganie po niego i jest zbędnym marnotrawieniem plastiku.
Na koniec punkt najważniejszy, czyli działanie: Kosmetyk bardzo dobrze nawilża i zmiękcza usta. Sprawia, że stają się gładkie i przyjemne w dotyku a suche skórki regenerują się w ciągu jednej nocy. Zapobiega również pierzchnięciu i pękaniu. Nie nadaje się jednak jako baza pod kolorową pomadkę gdyż zostawia śliski i błyszczący film, na który inne kosmetyki się nie przyklejają, a jak już uda się je nałożyć to znikają w tempie ekspresowym.
SKŁAD: butyrospermum parkii butter/butyrospermum parkii (shea) butter, ricinus communis seed oil/ricinus communis (castor) seed oil, brassica campestris/aleurites fordii oil copolymer, cera alba/beeswax/cidre d'abeille, peg-8 beeswax, hydrogenated castor oil, aroma/flavor, limonene, ammonium glycymhizate, linalool, tocopheryl acetate, vaccinium myrtillus seed oil, tocopherol, citral, citric acid, cl 77891/titanium dioxide
POJEMNOŚĆ: 10ml
DOSTĘPNOŚĆ: Sklepy TBS, internet
CENA: 24zł
Kolejnym kultowym kosmetykiem, do którego od czasu do czasu wracam jest ChapStick Wiśniowy. Pachnie ślicznie i bardzo apetycznie pestkami z wiśni. Uwielbiam ten aromat :) Smaku natomiast nie posiada co zaliczam mu na plus. W opakowaniu ma arbuzowo-czerwony kolor choć nałożony na usta staje się bezbarwny. Jego konsystencja jest gęsta i zwarta, nie rozpuszcza się pod wpływem ciepła nawet długo noszony w kieszeni, więc wystarcza na bardzo długo. Kosmetyk zamknięty jest w maleńkim plastikowym sztyfcie, który idealnie mieści się w miniaturowej torebce czy niewielkiej kieszeni, co czyni go bardzo praktycznym i higienicznym.
Działa bez zarzutu, choć uważam go bardziej za kosmetyk prewencyjny niż pielęgnacyjny. Zmiękcza usta, niweluje widoczność suchych skórek i zapobiega ich powstawianiu a także zabezpiecza przed wysuszaniem oraz pierzchnięciem. Sprawdza się praktycznie w każdych warunkach, a nałożony cienką warstwą stanowi całkiem niezłą bazę pod pomadki kolorowe. Nadaje lekki połysk.
SKŁAD: petrolatum, paraffin, paraffinum liquidum, octyldodecanol, arachidyl propionate, phenyl trimethicone, aroma, cera alba, isopropyl lanolate, ethulhexyl dimethyl paba, lanolin, cera carnauba, isopropyl myristate, camphor, cetyl alcohol, methylparaben, propylparaben, saccharin, menthol, hexyl cinnamaldehyde, cl 15850
POJEMNOŚĆ: 4,2g
DOSTĘPNOŚĆ: Apteki, internet
CENA: Około 7zł
Na koniec kosmetycznych rozważań wisienka na torcie: NUXE Reve de Miel, który wpadł w moje rączki najpóźniej i zrobił najbardziej piorunujące wrażenie. Zapach ma nieziemski, pomarańczowy z odrobiną miodu. Słodki, naturalny, energetyczny aż ślinka napływa do ust. Podejrzewam, że wąż skusił Ewę w raju wcale nie jabłkiem, czy jabłkiem granatu tylko właśnie takim aromatem. Smaku nie posiada i dobrze, bo pewnie wyjadłabym go paluchem wprost z opakowania zamiast nakładać na usta. W słoiczku balsam ma kolor ciemnego, scukrzonego miodu i dokładnie tak samo wygląda, a po aplikacji staje się bezbarwny, i nie zostawia absolutnie żadnego połysku. Jest to efekt dosyć szokujący, bo jeszcze nigdy nie spotkałam się z kosmetykiem pielęgnacyjnym, który zostawiałby po sobie totalny mat. Ma bardzo gęstą, wręcz ciągliwą konsystencję, jeszcze bardziej zwartą niż wspomniany wyżej scukrzony miód, choć ogromnie go przypomina. Dzięki temu niesamowicie przywiera do warg i wystarczy nałożyć go odrobinę aby osiągnąć pożądany efekt. Jest to jak dotąd jedyny w moim życiu kosmetyk, którego nie muszę obficie nakładać na noc więc wróżę mu ogromną wydajność i już teraz widzę, że bardzo powoli go ubywa z opakowania. Specyfik ten zamknięty jest w porządnym słoiczku wykonanym z grubego matowego szkła zamykanym plastikową ale również konkretną nakrętką. Całość prezentuje się bardzo elegancko na nocnej szafce.
Działanie jest wręcz piorunujące. Balsam błyskawicznie nawilża, natłuszcza i regeneruje wargi. Sprawia, że stają się gładkie i zdrowie praktycznie od razu po nałożeniu. Zaaplikowany na noc czyni cuda i rano odkrywamy zupełnie nową jakość ust, a istnieniu suchych skórek możemy totalnie zapomnieć, gdyż nie powoduje złuszczania powierzchniowej warstwy naskórka. Stanowi doskonałą bazę pod makijaż, bo od razu po nałożeniu pozostawia usta matowe i delikatnie tępo-lepkie więc każdy nakładany na niego kosmetyk doskonale przywiera do ich powierzchni. Teraz już zupełnie nie dziwię się dlaczego nawet najsłynniejsi wizażyści tak chętnie po niego sięgają.
SKŁAD: cera alba/beeswax, olus oil/vegetable oil, lecithin, behenoxy dimethicone, prunus amygdalus dulcis (sweet almond) oil, butyrospermum parkii (shea butter) extract, mel/honey, butyrospermum parkii (shea butter), dimethicone, ethylhexyl methoxycinnamate, citrus grandis (grapefruit) peel oil, caprylic/capric trigliceride, hydrogenated vegetable oil, glycine soya (soybean) oil, rosa moschata seed oil, tocopheryl acetate, tocopherol, citrus medica limonium (lemon) peel oil, candelilla cera/euphorbia cernifera (candelilla) wax, allantoin, calendula officinalis flower extract, bht, citric acid, citral, limonene, linalool
POJEMNOŚĆ: 15g
DOSTĘPNOŚĆ: Wybrane apteki, internet
CENA: Około 30zł
Wszystkie trzy kosmetyki działają bardzo dobrze i nie można im nic zarzucić jednak moim zdaniem zdecydowanie najlepszy okazał się balsam NUXE więc własnie do niego będę wracać. Masełko TBS pomimo bardzo przyjemnego składu okazało się najmniej trafiać w moje gusta i raczej nie wróżę nam długotrwałej przyjaźni.
W trakcie pisania tego posta przypomniałam sobie, że kiedyś, dawno temu Yves Rocher miało w swojej ofercie kosmetyk bardzo podobny do NUXE Reve de Miel i z przyjemnością po niego sięgałam. Potem niestety został wycofany czego nie mogłam przeboleć. Teraz na szczęście znalazłam godnego (o ile nie lepszego) następcę. Będzie nam razem bardzo dobrze ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą THE BODY SHOP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą THE BODY SHOP. Pokaż wszystkie posty
środa, 28 stycznia 2015
środa, 23 kwietnia 2014
Kosmetyczne niewypały: kwiecień 2014
Wieki już nie pisałam o bublach ale to nie znaczy, że mi się nie trafiały. W postach ze zużyciami zobaczycie, że od czerwonych znaczków aż się roi ale do niedawna nic mnie nie zirytowało na tyle że chciałabym to publicznie i szczegółowo obsmarować. Niedawno jednak przytrafiły mi się aż trzy takie gagatki więc aż się prosiło o posta. Jeżeli jesteście ciekawi co tak bardzo podziałało mi na na nerwy to zapraszam ;)
Mrs. Potter's
Ekspresowa odżywka bez spłukiwania
odbudowa i nawilżanie/włosy suche i zniszczone
Niestety nazywanie tego specyfiku odżywką to jedno wielkie nieporozumienie. Mam wrażenie, że ktoś nalał tam wody, lekko podbarwił ją na turkusowo i próbuje na tym zarabiać. Jedyny jej pozytyw to ładny zapach i praktyczne, nie psujące się opakowanie ale co z tego? Co prawda w składzie jest obiecywany aloes ale niestety daleko w składzie a do tego przytłoczony kilkoma alkoholami i toną innej chemii. Z włosami nie robi kompletnie nic. Nie wygładza, nie nadaje połysku, nie ułatwia rozczesywania. Na szczęście też nie obciąża. Stosując ją stwierdziłam, że równie dobrze mogłabym spryskiwać włosy wodą ze studni albo z kranu :( Żeby ją zużyć i nie zniszczyć przy tym włosów muszę co drugi dzień sięgać po odżywkę do spłukiwania a razem z nią na przynajmniej połowę długości włosów stosować serum wygładzające. Więcej do niej nie wrócę a wręcz będę omijać szerokim łukiem.
Pat&Rub
Balsam do rąk
cynamon, imbir, goździk, szałwia
Tym razem preparat, który choć w przeciwieństwie do poprzednika skład ma zacny to tak jak i on nie robi totalnie nic! Ma ładny zapach ale zbyt mocny i trwały. Opakowanie też jest miłe dla oka i praktyczne ale niestety to koniec jego zalet. Stosowałam go nawet kilkanaście razy na dzień i jedyne co mogłam zaobserwować to nieustannie pogarszający się stan moich dłoni. Konsystencja przypomina mleczko do ciała ale się nie wchłania w skórę za to błyskawicznie wyciera. Kosmetyk lubi pozostawiać mokrą, śliską, olejkową i tłustą warstwę, która bardzo przeszkadza a jednocześnie nie ma żadnych dobroczynnych właściwości. Cena balsamu jest piorunująca a wydajność zatrważająca bo praktycznie jej nie ma :/ Dla mnie jest on zupełnie nie wart zakupu bo o wiele taniej mogę mieć kremy działające cuda.
The Body Shop
Chocomania
Beautifing Oil
Suchy olejek do twarzy, ciała i włosów
Następne drogie i beznadziejne dziadostwo, w którego składzie jakiekolwiek wartościowe olejki zajmują się za zapachem :( Stosowałam go jako dodatek do glinki i się nie sprawdził bo zamieniał ją w kamień oraz sprawiał, że nie przyklejała się do skóry. W związku z tym zaczęłam nakładać ją na włosy i tu też dał ciała bo nie robi kompletnie nic a na dodatek trzeba ją usuwać mocnym szamponem gdyż niesamowicie przyspiesza przetłuszczanie. Ponad to zapach jest okropny: intensywny, mdlący i mocny więc wywołuje u mnie potężny ból głowy wiec koniecznie muszę dokładać do niej oliwkę o równie intensywnym acz mocniejszym aromacie dzięki czemu oba zapachy się niwelują i da się to jakoś znieść. Na szczęście na rynku jest na tyle świetnych i tańszych kosmetyków, że spokojnie będę mogła o nim zapomnieć.
To już Wszystko co dla Was przygotowałam. Na całe szczęście nie ma tego dużo ale muszę przyznać, że i tak mocno mi się uprzykrzają. Mam nadzieję, że po ich zużyciu już nie trafię na nic równie beznadziejnego?
Jak tam u Was?
Trafiacie na jakieś paskudy, czy wszystkie kosmetyki, które używacie są dobre?
czwartek, 23 sierpnia 2012
Wielkie oczekiwania...
... przynoszą wielkie zawody:(
Na spotkaniu bloggerek poza całą masą pełnowymiarowych produktów otrzymałam również kilka próbek o czym mogliście przeczytać TUTAJ. Ostatnio rozprawiam się z takimi delikwentami w podsumowaniu zużyć z całego miesiąca jednak te postanowiłam potraktować inaczej: opinię z ich używania będę dodawała w osobnych notkach pomiędzy normalnymi postami. Zapraszam do czytania:)
THE BODY SHOP
Peeling Shea
Peeling Shea
(Shea Body Scrub)
Nie było do niego dołączonych żadnych informacji więc nie będę tutaj kopiwać tych znalezionych w internecie bo możecie je sobie spokojnie wygooglować;)
Tak prezentował się peeling po otwarciu słoiczka z próbką:
Teraz jednak czas na moje wrażenia:
Zapach jest bardzo przyjemny i delikatny, trochę słodkawy jakby odrobinę orzechowy - na prawdę przypadł mi do gustu.
Peeling ma kolor biały ale odrobinę transparentny i z delikatnym perłowym połyskiem. Po nałożeniu na skórę staje się bezbarwny ale perłowy połysk pozostaje. Drobinki również są bezbarwne.
Konsystencja jest kremowa, trochę gęsta i jakby tłusta jednak dobrze się rozprowadza i rozsmarowuje.
Co do działania to szczerze muszę przyznać, że właściwie go nie zauważyłam:( Po nałożeniu na wilgotną (nie ociekającą wodą ale wilgotną) skórę drobinki rozpuszczają się praktycznie w 100% i to w zastraszającym tempie. Zazwyczaj panaceum na taką reakcję jest dołożenie większej ilości peelingu ale w tym przypadku taki zabieg nie działa:( Te drobinki, które nie rozpuszczą się na ciele zbijają się w grudki i osadzają między palcami i w załamaniach rąk a niestety naprawdę ciężko je zmusić do opuszczenia tych zakamarków i przeniesienia się na skórę. Jak już drobinki się rozpuszczą to na ciele tworzy się lepka jakby tłustawa warstwa, która oblepia ciało. Ta warstwa bardzo brzydko skojarzyła mi się z mieszaniną smalcu i miodu - brrr. Pomyślałam sobie więc, że jak nie zeskrobię nim martwego naskórka to chociaż ciało będzie dobrze nawilżone i będę sobie mogła odpuścić wieczorne balsamowanie a tu klops. Warstwa zmyła się dokładnie (chociaż musiałam się do tego mocno przyłożyć) i nie pozostał po niej nawet ślad. Zanim wypeelingowałam stopy moje ciało zaczęło domagać się użycia balsamu więc musiałam go nałożyć.
Kosmetyk ma bardzo kiepską wydajność - ta próbka nie wystarczyła mi nawet na speelingowanie jednej nogi chociaż zazwyczaj zużywam trochę mniej kosmetyku na taki obszar.
Ta próbka nie tylko nie przekonuje mnie do kupienia pełnowymiarowego opakowania ale nawet sprawiła, że na pewno tego nie zrobię. Jak pomyślę, że mogłabym wydać 65zł na peeling, który w ogóle nie złuszcza to zaczyna mi się robić słabo...
Produkt ten dostałam od firmy The Body Shop na spotkaniu bloggerek jednak nie miało to wpływu na moją ocenę.
środa, 11 stycznia 2012
Na początek ziołowy smrodek....
Dawno mnie nie było ale już powoli do Was wracam:) Co prawda powrót był zaplanowany po 22 stycznia kiedy to już wszystkie sprawy będą za mną ale nie mogłam się powstrzymać, żeby wreszcie czegoś nie napisać;) Na razie jeszcze posty nie będą się pojawiać regularnie ale zawsze lepiej mniej niż wcale;)
Zatem zaczynamy i zapraszam do czytania:)
THE BODY SHP
HEMP Hand Protector
Skóra Bardzo Sucha
SKŁAD i OBIETNICE PRODUCENTA (niestety wszystko po angielsku a na dodatek w bardzo minimalistycznym wydaniu):
MOJE WRAŻENIA:
ZAPACH: No cóż... Zapach jest bardzo duszący i słodki raczej z tych mało przyjemnych... Nie ma co ukrywać - smrodek konopi jak ta lala;)
BARWA: Delikatny pastelowo oliwkowy ale nie przezroczysty. Na skórze bezbarwny.
ZAPACH: No cóż... Zapach jest bardzo duszący i słodki raczej z tych mało przyjemnych... Nie ma co ukrywać - smrodek konopi jak ta lala;)
BARWA: Delikatny pastelowo oliwkowy ale nie przezroczysty. Na skórze bezbarwny.
KONSYSTENCJA: Bardzo gęsta i zwarta jednak krem dosyć szybko się wchłania i nie pozostawia zbyt tłustej warstwy, jednakowoż jak dla mnie nadaje się on tylko jako kuracja na noc.
OBIETNICE PRODUCENTA: Spełnione ale nie do końca. Co prawda dłonie są nawilżone ale krem działa tylko przez jakiś czas. Przy dłuższym użytkowaniu zauważyłam zanik efektów. Co do ochrony to tak, krem niezaprzeczalnie tworzy barierę jednak nie zawsze jest ona przyjemna w noszeniu.
WYDAJNOŚĆ: Bardzo dobra.
SKUTKI UBOCZNE: Brak.
OPAKOWANIE: Klasyczna, aluminiowa aptekarska tuba z plastikową nakrętką. Trochę mnie denerwuje bo ciężko wydobywać krem śliskimi rękami no i trudno wycisnąć go do końca.
POJEMNOŚĆ: 100ml ale jest też mniejsza wersja 30ml
DOSTĘPNOŚĆ: Sklepy i strony internetowe The Body Shop
CENA: 39zł za 100ml i około 20zł za 30ml
OCENA: 4,5/6
OBIETNICE PRODUCENTA: Spełnione ale nie do końca. Co prawda dłonie są nawilżone ale krem działa tylko przez jakiś czas. Przy dłuższym użytkowaniu zauważyłam zanik efektów. Co do ochrony to tak, krem niezaprzeczalnie tworzy barierę jednak nie zawsze jest ona przyjemna w noszeniu.
WYDAJNOŚĆ: Bardzo dobra.
SKUTKI UBOCZNE: Brak.
OPAKOWANIE: Klasyczna, aluminiowa aptekarska tuba z plastikową nakrętką. Trochę mnie denerwuje bo ciężko wydobywać krem śliskimi rękami no i trudno wycisnąć go do końca.
POJEMNOŚĆ: 100ml ale jest też mniejsza wersja 30ml
DOSTĘPNOŚĆ: Sklepy i strony internetowe The Body Shop
CENA: 39zł za 100ml i około 20zł za 30ml
OCENA: 4,5/6
Podsumowując: No cóż, po zapoznaniu się z wieloma recenzjami tego kremu postanowiłam kupić do dla mojej drugiej połówki. Ponieważ rączki mojego męża są narażone na wprost nieprawdopodobne warunki i stykają się z najróżniejszymi substancjami są niesamowicie wysuszone i podrażnione dlatego miałam nadzieję, że to cudeńko mu przypadnie do gustu. Podstawowe wymagania jakie musi spełnić krem dla M. ;) to:
- nie pozostawianie tłustej i lepkiej warstwy,
- posiadać znośny dla mężczyzny zapach,
- nawilżać i regenerować dramatycznie przesuszoną i podrażnioną skórę dłoni,
- nie szczypać po nałożeniu.
Moje wymagania są podobne ale jest ich więcej jednak krem był nie dla mnie więc skupiłam się na tym;)
Jak już udało mi się zakupić tubeczkę kremu przeleżał on dłuższy czas w szufladzie z zapasami ponieważ M. stwierdził, że na razie go nie potrzebuje bo jego ręce są w dobrym stanie. Koniec końców po zużyciu swoich kremów zabrałam się za niego twierdząc, że nie może czekać w nieskończoność. Po pierwszych testach stwierdziłam, że będę do używała na noc i czasami w dzień kiedy to nie będę miała zbyt dużo do roboty. Na początku krem mnie zachwycił (nie licząc tego, że paskudnie śmierdzi) - rączki włącznie z moimi wiecznie tragicznie wyglądającymi skórkami dosyć szybko stały się rewelacyjnie nawilżone i niewrażliwe na czynniki zewnętrzne a skóra gładka, miękka i jedwabista w dotyku. Jednak po pewnym czasie zauważyłam, że moja skóra przestała na niego reagować i efekty stawały się coraz mniej widoczne aż w końcu ręce wróciły do poprzedniego stanu. Hemp poszedł więc w odstawkę a ja zaczęłam używać czegoś innego. W tym samym czasie M. doszedł do wniosku, że też będzie go używał - tak jak i mnie, na początku krem go zachwycił (no może poza zapachem) i widać było, że chętnie po niego sięgał a stan jego dłoni się poprawił. Jednak po jakimś czasie zauważył, że krem szczypie go po nałożeniu na mocno przesuszone na ręce więc bardzo szybko przestał go używać zastępując innym. Krem przeleżał jakiś czas nieużywany a obecnie ja ponownie po niego sięgnęłam, gdyż moje ręce i skórki wołają o pomstę do nieba, i o dziwo znowu widać rewelacyjne efekty. Widać dla mnie krem nadaje się tylko na chwilowe kuracje i tak go będę używać. Na razie wypróbuję inne wersje kremów z TBS a jak one się nie sprawdzą to będę kupowała Hempa co jakiś i robiła sobie kuracje.
niedziela, 14 sierpnia 2011
TBS żel do mycia twarzy z algami
The Body Shop
Seaweed
Deep Cleansing Facial Wash
OBIETNICE PRODUCENTA: Bez mydła, wolne od oleju głęboko oczyszcza i pielęgnuje skórę bez nadmiernego wysuszenia. Z algi morskie do równoważą i nawilżają. Wynik? Czysta, jasna, matowa skóra.
SKŁAD:
MOJE WRAŻENIA:
ZAPACH: Chemiczny, trochę mentolowy - bez rewelacji ale nie jest zły.
KONSYSTENCJA: Płynna ale bardzo gęsta nie wylewa się z opakowania ani nie rozlewa po ręce.
OBIETNICE PRODUCENTA: Hmmm... Skóra jest czysta i matowa to się zgadza. Co do rozjaśniania - nie zauważyłam. Obietnica nie wysuszania nie jest spełniona. Po myciu czuć iż skóra zaczyna się ściągać. Nie jest to mocne uczucie ani bardzo uciążliwe ale jednak jest.
WYDAJNOŚĆ: Spora. Wystarczy odrobina aby umyć twarz.
SKUTKI UBOCZNE: Żel dzieci zawartości mentolu wywołuje uczucie chłodzenia. Nie podrażnia jednak skóry ani nie rozszerza naczynek.
OPAKOWANIE: Tuba z praktycznym korkiem. Otwór jest bardzo mały dzięki czemu nie wylejemy więcej żelu niż chcemy. Mam wrażenie, że ma zabezpieczenie przed rozlewaniem jak np. niektóre ketchupy.
POJEMNOŚĆ: 100ml
DOSTĘPNOŚĆ: sklepy THB, internet
CENA: 35zł - jak dla mnie drogo
OCENA: 3,5/6
Podsumowując: Ogólnie rzecz ujmując żel nie wywołał u mnie zachwytu. Nie przepadam za uczuciem chłodzenia a sam żel nie daje spektakularnych efektów. Na dodatek cena jest wysoka przy małej pojemności. To samo mogę osiągnąć dzięki żelowi Tin tin z Ziaji, który jest około cztery razy tańszy, dwa razy większy i mega wydajny. Dodatkowo denerwuje mnie brak polskiej etykietki z działaniem i obietnicami producenta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)