Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essence. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2020

Cienie i żel do brwi oraz eyeliner - recenzja zbiorcza / Essence, Gosh, Kiko

Cześć Kochani!
Bardzo spodobała mi się koncepcja filmowych recenzji bo w krótkim czasie mogę Wam opowiedzieć o większej ilości kosmetyków więc postanowiłam wprowadzić ją na stałe. Mam nadzieję, że to zachęci Was również do częstszego zaglądania na mój kanał i subskrybowania.
Dzisiaj mam dla Was recenzję dwóch kosmetyków do brwi i eyelinera.:
Miłego oglądania :)
                         

wtorek, 17 marca 2020

ESSENCE LL eyepencil - recenzja

Cześć Kochani!
Niedługo po pudrze przyszedł czas na kolejną recenzję długo nieobecnego na blogu kosmetyku. Tym razem cofam się w czasie bo będę pisać o marce, która bardzo intensywnie towarzyszyła mi w początkach mojego blogowania.
Miłego czytania :)
                                                 

czwartek, 15 listopada 2018

Pędzle, które zabrałam na weekend

Witajcie kochani,
Długi weekend był wyjazdowy a z racji tego, że praktycznie cały czas bazuję na recenzjach postanowiłam dla odrobiny relaksu pokazać Wam mój minimalistyczny zestaw pędzli, który ze sobą zabrałam.
Zapraszam :)


O dziwo okazało się, że do stworzenia pełnego makijażu wystarczyło mi ich tylko sześć więc jednak się da.
Zacznijmy od początku.


Zabrałam ze sobą tylko podkład mineralny a do jego aplikacji wybrałam mój ulubiony HAKURO H55 (recenzja), który zawsze jest niezawodny i już dawno zdeklasował inne pędzle do minerałów.

Bronzer aplikowałam małym pędzlem MAESTRO 110 w rozmiarze 22 (recenzja), który dzięki niewielkim rozmiarom idealnie sprawdza się na wyjazdy. Nie jest może ideałem ale jednak lubię po niego sięgać.

Jako ostatni kosmetyk na twarz nakładałam wypiekany róż Alverde i robiłam to za pomocą pędzla ZOEVA BAMBOO 105 HIGHLIGHT (recenzja), który niestety okazał się zbyt miękki do tego kosmetyku, więc musiałam się sporo namachać, żeby uzyskać jakikolwiek (w sumie bardzo delikatny) efekt.


Do makijażu twarzy służył mi również pędzel ESSENCE SMOKEY EYE (recenzja), za pomocą którego kładłam dodatkową warstwę podkładu na niedoskonałości oraz w newralgiczne miejsca dzięki czemu mogłam udawać, że moja skóra wygląda lepiej niż w rzeczywistości.

Do makijażu oczu wybrałam tylko dwa pędzle i były to:

MAC 217 (recenzja), którym podkreślałam załamanie oka oraz dolną powiekę przy pomocy bronzera.

Do nakładania cienia na cała powiekę wybrałam ZOEVA BAMBOO 227 SOFT DEFINER (recenzja), który może nie jest najlepszym pędzlem na świecie ale spisał się bardzo OK.

Zestaw ten okazał się idealny do codziennego delikatnego makijażu. Jednak w połowie wyjazdu nabrałam ochoty na coś mocniejszego i niestety nie mogłam tego pomysłu zrealizować ze względu na to, że brakowało mi odpowiednich kosmetyków. Zdecydowanie na następny wypad zabiorę ze sobą dodatkowo dwa cienie: jeden bardzo ciemny a drugi kolorowy oraz ze dwa dodatkowe pędzelki do ich aplikacji, i jeszcze dwie kredki: jedną czarną a drugą również w kolorze więc będę miała większy wybór i więcej możliwości.

Wy zabieracie ze sobą jakieś pędzle na wyjazdy?
Jeżeli tak to podzielcie się w komentarzach informacją jakie i dlaczego akurat te.

czwartek, 27 września 2018

ESSENCE Pędzel do Smokey Eye

Witajcie kochani,
Jesień zawitała już do nas na całego ale mnie jakoś nie opuszcza letnie makijażowe lenistwo dlatego dzisiaj opiszę Wam jeden z zestawu takich niezbędnych pędzli, które towarzyszą mi najczęściej.
Zapraszam.


czwartek, 23 sierpnia 2018

ESSENCE Pędzel do eyelinera

Witajcie,
Kolejny czwartek już w pełni więc czas na recenzję. Dzisiaj również będzie krótko i zwięźle.
Zapraszam :)


czwartek, 16 sierpnia 2018

Pędzle, po które sięgam najczęściej a jeszcze ich nie pokazywałam na blogu.

Witajcie
Mam dużo a właściwie bardzo dużo pędzli, z których przez dobre kilka lat używałam na sobie może dwunastu. Od jakiegoś czasu to się jednak zmieniło i teraz mam sporą rotację. Dzisiaj pokażę Wam, po które pędzle sięgam najczęściej. Oczywiście nie uwzględniłam tych, które są już na blogu bo nie ma sensu się powtarzać.
Zapraszam :)


czwartek, 26 kwietnia 2018

ESSENCE Kabuki brush

Witajcie,
Muszę w końcu ustabilizować pojawianie się postów bo jakieś to wszystko takie nieskładne mi wychodzi ale na razie zabieram się za pędzle. Zapraszam.


wtorek, 17 kwietnia 2018

Gdybym miała skompletować wszystkie pędzle od nowa...

Witajcie,
Niektórzy z Was już pewnie widzieli, że blog powstał jakiś czas temu, ale miałam czasu żeby go dopieścić ani weny, żeby stworzyć pierwszego posta. Z pomocą przyszła mi Emilia, gdy trafiłam na jej wpis "Gdybym miała skompletować cały makijaż od nowa..." dlatego dzisiaj ruszam pełną parą.
Miłego czytania.


niedziela, 18 sierpnia 2013

DIY: Ożywianie lakierów

Lakiery do paznokci, zwłaszcza te brokatowe, potrafią przykuć spojrzenie, dać wyraz kolorystycznej fantazji czy uzupełnić stylizację ale mogą też spędzić sen z powiek... I nie, nie chodzi mi tu o zmywanie a o to co się z nimi dzieje w buteleczkach.
                                             
                                                
Wiadomo, że pozostawione same sobie uspokajają się i rozwarstwiają a brokat smętnie opada na dno. Początkowo nie stanowi to problemu ale im starszy lakier i im dłużej stoi w zapomnieniu, tym ciężej go "obudzić" i sprawić aby drobinki zaczęły energicznie migotać w buteleczce. Pół biedy jeżeli producent o tym pomyśli i zamieści w lakierze metalową kuleczkę, która po kilku potrząśnięciach wyeliminuje problem ale co jeżeli jej nie ma?
No wtedy z radą przychodzę ja ;)
Ciekawych jak się uporać ze zmęczonym lakierem zapraszam do dalszej części posta :)
                                                 
Co będzie potrzebne?
1. lakiery do paznokci: mogą być nowe i stare, brokatowe i kremowe;
2. podstawka, na której można położyć drobne elementy,
3. kulkowe łożyska do roweru, o takie:
 
Kosztuje 1,50-2,50zł i dostać je można z rowerami. Ilość łożysk należy dopasować do ilości lakierów, które chcemy ożywić bo trzeba pamiętać, że każdym łożysku znajduje się 7 kuleczek.
 4. Cążki do kabli.
                                              
 Skoro wszystko już jest to do dzieła :)
Za pomocą cążek zgniatamy te kawałki blachy, które znajdują się między kulkami. To co nam zostaje wyrzucamy do pojemnika przeznaczonego na odpady metalowe a kuleczki zbieramy na podstawce.
                                                                       
Gdy kuleczki są już uwolnione należy je dokładnie umyć najlepiej w mocno ciepłej wodzie z dodatkiem mydła lub płynu do naczyń, gdyż to usunie cały smar, którym są wysmarowane i je odtłuści. Na koniec należy kuleczki dokładnie osuszyć ręcznikiem.
                                                            
Na koniec zostaje najprzyjemniejsza część, czyli wrzucamy kuleczki do lakierów i energicznie wstrząsamy. Na jedną buteleczkę spokojnie wystarczy 1 kulka.
                                                   
Na koniec można podziwiać efekt swoich działań :) Akurat te lakiery są nowe i kuleczki bez problemu widać na dnie ale jeżeli lakier, do którego wrzucamy kulki jest starszy i brokat zdążył już osiąść grubą warstwą na spodzie butelki to wystarczy tylko chwilę dłużej nim potrząsać i wszystko wróci do normy :)
                                                     
To już koniec ożywiania lakierów :)
Cała akcja trwa dosłownie chwilkę a efekt jest świetny zarówno w brokatowych jak i kremowych lakierach.
Dodatkowym atutem takich kulek jest to, że są wielokrotnego użytku więc po zużyciu emalii spokojnie można je wyciągnąć z buteleczki, przemyć zmywaczem i wrzucić do kolejnej. Same łożyska są bardzo tanie i wydajne więc stuningowanie nawet pokaźnej kolekcji lakierów nie szarpnie nikogo po kieszeni ;)
                                     
Mam nadzieję, że ten post będzie dla Was przydatny i pomoże uporać się z kapryśnymi lakierami :)

środa, 14 sierpnia 2013

Gotowa na wszystko

Czas biegnie okrutnie szybko a niespodzianki wyskakują jak Filip z konopi, więc dzisiaj będzie szybka recenzja lakieru, który jest idealny na każdą okazję ;)
                                                                                      
Essence
LE The Twilight Saga Eclipse Collection
Nail Polish
05 Ready to be bitten
 
                                            
Lakier składa się z mleczno-różowej bazy oraz delikatnych srebrnych płatków połyskujących kolorami złota i srebra, których jednak brokatem chyba nazwać nie można. Na paznokciach kolor jest bardzo delikatny i dobrze wygląda zarówno na bardzo jasnej jak i opalonej skórze. Pasuje na każdą okazję: do szkoły, pracy, na duże eleganckie przyjęcie, imprezę czy kameralne spotkanie ze znajomymi.
Wykończenie za sprawą płatków wygląda na fake ;)
Pigmentacja i krycie również są bardzo delikatne. Na zdjęciu mam na paznokciach dwie warstwy emalii, a i tak widać prześwitujące końcówki. Właściwie to chyba nie ma możliwości uzyskania nim całkowitego krycia.
Lakier nie przebarwia paznokci ani nie brudzi skórek chociaż przy zmywaniu płatki stawiają trochę opór.
                                             
                                             
Kosmetyk ma bardzo płynną i rzadką konsystencję dzięki czemu łatwo rozprowadzić go cienkimi warstwami. Rozlewa się równomiernie po płytce nie tworząc smug, bąbelków ani zgrubień, a jednocześnie pozostaje na swoim miejscu i nie migruje poza nałożony obszar ani nie rozpływa się po skórkach. To sprawia, że jest niesamowicie wydajny i powoli ubywa go z buteleczki.
Jak to u większości lakierów bywa jedna warstwa schnie błyskawicznie, ale dwie to już inksza inkszość i bez wysuszacza się nie obejdzie chyba, że macie anielską cierpliwość.
                           
                                                   
Opakowanie jak to zwykle bywa jest szklane  a nakrętka pomimo dużej średnicy dobrze się spisuje przy malowaniu.
Pędzelek jest dosyć długi, miękki i niezbyt wąski. Świetnie się spisuje przy aplikacji lakieru i jest przy tym dość precyzyjny.
                                   
                                                       
Emalia ma pojemność 10ml i kosztował około 7-8zł. Obecnie jest już niedostępny ze względu że pochodzi z edycji limitowanej ale kiedyś można go było dostać praktycznie w każdej drogerii i perfumerii, która ma w swojej ofercie kosmetyki marki Essence.
                                               
OCENA: 4/6
                                
 Świetny lakier na każdą okazję. Szkoda, że to tylko LE bo chętnie bym do niego wracała. Jeżeli lubicie delikatne i niezbyt kryjące emalie i macie możliwość zdobycia go w swoje łapki to polecam :)

niedziela, 9 czerwca 2013

Krwiście-Soczyście

Nie wiem czy jest sens opisywać kosmetyk, który był w sprzedawany dawno temu w edycji limitowanej ale jako, że jest to jedno z moich ulubionych mazideł do ust kilka sów Wam o nim opowiem ;)
                                                        
 Essence
The Twilight Saga Eclipse Collection Lipgloss
01 Lunch at Cullen's

MOJE WRAŻENIA:
Opakowanie to standardowa tubka zawierająca 4g produktu z aplikatorem w formie gąbeczki. Całość jest maleńka więc zmieści się nawet w najmniejszej torebce czy kieszeni. Niestety jednak jej widok jest mało estetyczny bo napisy szybko i nierównomiernie schodzą z plastiku brudząc ręce srebrnymi drobinkami. Aplikator jest duży i spłaszczony. Nie sprawia problemów przy malowaniu i łatwo się nim posługiwać. Nabiera sporo produktu ale jest to odpowiednia ilość do uzyskania zdecydowanego efektu a kosmetyk nie znika w błyskawicznym tempie.
                                                                                    
                                                                                  
Błyszczyk pachnie słodko, cukierkowo i bardzo przyjemnie. Jego konsystencja jest rzadka i lekka ale nie lejąca. Nie rozpływa się ani nie migruje po twarzy za to niestety dosyć szybko znika, co w sumie jest zrozumiałe bo to błyszczyk a nie tint czy lakier do ust.
Kolor mazidła to ciemna prawie bordowa czerwień z dodatkiem niebieskiego pigmentu, którego niestety nie udało się uchwycić na zdjęciach oraz całą masą maleńkich złotych drobinek. Efekt podkreślenia ust jaki nam daje można stopniować. Przy cienkiej warstwie efekt jest lekki i pół-transparentny natomiast przy zastosowaniu jego większej ilości uzyskujemy wygląd wampira świeżo po posiłku ;) Drobinki pięknie nabłyszczają i rozświetlają usta optycznie je powiększając co jest bardzo ważne przy tak ciemnej barwie a jednocześnie nie zmieniają ust w kulę dyskotekową. Na szczęście zarówno barwa jak i drobinki znikają równomiernie bez zbierania się w załamaniach i tworzenia białych farfocli na wargach. W trakcie noszenia jak i zjadania się kosmetyku drobinki nie migrują po twarzy.

                                                   
Jak prezentuje się na ustach możecie zobaczyć TUTAJ.
                                                    
Niestety jest już praktycznie nie do zdobycia (LE), no chyba, ze trafi się w sieci jeszcze jakaś zabłąkana sztuka ;) Kiedy jednak można go było zdobyć w drogeriach sieciowych, niesieciowych i perfumeriach to kosztował około 7,50zł.
                                                             
OCENA: 5/6
                       
Podsumowanie: Świetny błyszczyk o pięknym kolorze i przystępnej cenie. Szkoda, że to LE i nie znajduje się w stałym asortymencie marki bo chętnie bym do niego wracała.

piątek, 26 kwietnia 2013

Mozaikowe-love ;)

Nie wiem jak to się dzieje, że o różach nie pisałam już wieki chociaż mam ich spore stadko i towarzyszą mi praktycznie w każdym makijażu. Postanowiłam to jednak nadrobić i dzisiaj pojawia się pierwsza z "różowych recenzji" a za jakiś czas (czytaj: jak wrócę do domu i ogarnę zaległości) zrobię dla Was kilka postów poglądowych ze wszystkimi różami, bronzerami i rozświetlaczami. Na razie jednak musicie zadowolić się tym ;)
Zapraszam :)
                          
Essence
LE Marble Mania
blush
01 Swirlpool
Wypiekany róż do policzków z delikatnym połyskiem
                                        
MOJE WRAŻENIA:
Kosmetyk zapakowany jest w bardzo minimalistyczne acz trwałe pudełeczko, które zawiera 7g produktu. Dzięki temu, że jest przezroczyste dokładnie widać, który kosmetyk wyciągam z szuflady. Plastik jest mocny i odporny na zniszczenia. Pobyt w szufladzie nie zaszkodził jego urokowi (niezbyt się porysowało) a zatrzask cały czas działa bez zarzutu. Oby tak dalej! Opakowanie nie posiada aplikatora co nawet jest mi na rękę bo i tak zawsze nakładam kosmetyki swoimi pędzlami.
Róż pochodzi z edycji limitowanej w związku z czym jest już praktycznie niedostępny (wymianki, portale aukcyjne i inne takie) ale wcześniej można go było zakupić w sieci drogerii Natura i Hebe, perfumerii Douglas oraz w niesieciowych drogeriach, w których dostępne są kosmetyki Essence za cenę około 14zł.
                                     
                 
Róż jest wypiekany dzięki czemu ma bardzo zwartą i twardą konsystencję. Dosyć łatwo ale oszczędnie nabiera się na pędzel a przy tym nie pyli. Nie osypuje się również przy przy przenoszeniu go na skórę dzięki czemu jest niesamowicie wydajny, właściwie to nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się go zużyć bo jak dotąd ledwo starłam wytłoczoną na jego powierzchni delikatną kratkę.
Kosmetyk pachnie niezwykle delikatnie i przyjemnie jak krem. Aby wyczuć zapach trzeba przyłożyć naos do jego powierzchni gdyż w trakcie normalnego stosowania nie sposób go wyczuć.
                                      
Jak widać na powyższych zdjęciach róż ma formę mozaiki, która łączy w sobie 3 odcienie różu: ciemny - prawie czerwony, średni - mieszankę jasnego i ciemnego oraz jasny - czyli srebro z domieszką różu a także kolor pomarańczowy. Nabranie osobno poszczególnych kolorów jest praktycznie niemożliwe więc możemy uzyskać tylko jedną barwę końcową - jasny, satynowo połyskujący chłodny róż. Dodatkowo wrażenie rozświetlenia wzmagają maleńkie, błyszczące drobinki, które są tak subtelne że różem nie da się uzyskać efektu kuli dyskotekowej.
Pigmentacja jest dosyć słaba co podejrzewam, iż jest skutkiem konsystencji kosmetyku. Ma to jednak swoje zalety, gdyż nie da się nim przesadzić i nawet osoby niewprawione w nakładaniu różu nie zrobią sobie nim krzywdy.
Kosmetyk na twarzy daje efekt zaróżowionych i rozświetlonych policzków dzięki czemu cała twarz wygląda zdrowo, świeżo i promiennie.

                                     
Róż świetnie współpracuje z każdym innym kosmetykiem jaki nakładałam pod niego od płynnych podkładów utrwalonych pudrem po minerały, a do tego utrzymuje się na twarzy cały dzień. Co prawda w trakcie noszenia trochę blaknie i lekko się utlenia więc zwolenniczki mocniej podkreślonych polików będą potrzebować poprawek ale dla mnie jednokrotne jego nałożenie wystarcza na cały dzień. Przy tym zmywa się zupełnie bezproblemowo każdym kosmetykiem jaki zastosujemy do demakijażu nawet delikatnym żelem do mycia twarzy.
W trakcie jego stosowania nie zauważyłam jakiegokolwiek negatywnego oddziaływania na skórę.
                                    
OCENA: 5/6
                       
Podsumowanie: Bardzo dobry i przyjemny w użytkowaniu róż zarówno dla osób rozpoczynających zabawę z takimi kosmetykami jak i dal tych zaawansowanych. Szkoda, że nie jest dostępny w stałej ofercie marki, gdyż znalazłby wiele zwolenniczek :)

sobota, 20 kwietnia 2013

Swatchowe porównanie baz pod cienie do powiek.

Dla mnie tak samo jak i pewnie dla większości z Was baza pod cienie do powiek to podstawa makijażu. Moja przygoda z tym kosmetykiem zaczęła się dawno, dawno temu od Virtual Eyeshadowbase. Jej pierwsze opakowanie to było objawienie - fantastyczny kosmetyk, który idealnie się wywiązywał z nałożonych na niego oczekiwań, drugie opakowanie to koszmar - użyłam jej zaledwie kilka razy i wylądowała w koszu bo nie dało jej się nabrać na palec a tym bardziej rozprowadzić na powiece. Kolejnym specyfikiem jaki wpadł w moje ręce była trudna w obsłudze i kapryśna Wodoodporna Baza pod Makijaż APC. W tym samym czasie w moje ręce wpadła KOBO Professional Utrwalająca baza pod pigmenty sypkie, której ze względu na konsystencję nie za bardzo lubię używać na co dzień. Po rozstaniu z bazą APC postanowiłam zakupić sławetną ArtDeco Eyeshadow Base, która niejako stała się przyczyną powstania tego posta ;) Obecnie bazy ArtDeco zostało mi na mniej więcej jedno użycie a jej następcą zostanie Avon Eye Shadow Primer.
Zatem do rzeczy:
                        
W szranki stają:
2. Avon Eye Shadow Primer Light Beige
3. KOBO Professional Utrwalająca baza pod pigmenty sypkie - Jak widać jest to zupełnie przezroczysty, bezbarwny płyn, który nie pozostawia na skórze widocznych śladów więc nie będę poświęcać mu więcej czasu ;)
                        
Bazy w słoiczku:
Już po pierwszym dotknięciu baz można zauważyć różnice.
 1. ArtDeco Eyeshadow Base - Ma konsystencję trzymanej na słońcu plasteliny. Jest miękka ale lepka. Dobrze przywiera do palca a następnie do powieki. Przyjemnie się rozprowadza. Odrobinę zgęstniała w czasie kiedy ją używałam jednak nadal jej używanie jest niezwykle przyjemne.
2. Avon Eye Shadow Primer Light Beige - Ma konsystencję trzymanego na słońcu masła. Jest rzadka i lekka, od razu czuć, że jej bazą jest sylikon. Niesamowicie szybko i w dużej ilości przywiera do palca wiec trzeba uważać aby nie nabrać zbyt wiele. Bardzo łatwo się rozprowadza.
                        
 Na skórze:
 1. ArtDeco Eyeshadow Base - Ma bardzo jasny beżowy kolor z maleńkimi rozświetlającymi drobinkami więc po roztarciu staje się niewidoczna a drobinki delikatnie rozświetlają skórę, chociaż pod matowymi cieniami zupełnie zanikają i nie zmieniają ich charakteru.
2. Avon Eye Shadow Primer Light Beige - Ma dosyć ciemny (jak dla mnie bladziocha) i intensywny bezowy kolor więc jest widoczna nawet po roztarciu. jest całkowicie matowa i nie zawiera drobinek.
                         
Cienie użyte do porównania:
                                            
1. Inglot Sprint SuperStar cień do powiek 90 - Czerwony bardzo dobrze napigmentowany cień ze złotymi drobinkami. Świetnie się nakłada, dobrze rozciera i nie zanika w trakcie użytkowania.
2. KOBO Pure Pigment 408 Cornflower - Niezwykle mocno napigmentowany, drobno zmielony, szafirowy matowy pigment. Nie tylko dobrze się nakłada i rozciera ale też wnika w skórę przez co ciężko go potem zmyć.
3. Essence eyeshadow 43 mystic lemon holographic effect - Słabo napigmentowały błyszczący i opalizujący cień. Dosyć ciężko się nakłada i zazwyczaj trzeba go sporo aplikować aby uzyskać ładny efekt.
                            
Informacje o cieniach:
                                 
Bazy w akcji:
                          
  Inglot Sprint SuperStar cień do powiek 90

 KOBO Pure Pigment 408 Cornflower
                                        
Essence eyeshadow 43 mystic lemon holographic effect
                          
PODBICIE KOLORU: Jak widać na zdjęciach najlepiej barwę cieni podbija KOBO Professional Utrwalająca baza pod pigmenty sypkie. Zaraz za nim uplasowała się ArtDeco Eyeshadow Base a na końcu została Avon Eye Shadow Primer Light Beige chociaż na niej i tak cienie wyglądają lepiej niż nałożone bez bazy.
                      
ZMYWANIE: Najbardziej oporny na zmywanie okazała się również KOBO Professional Utrwalająca baza pod pigmenty sypkie. Zmycie z niej cieni prasowanych jest ciężkie a pigmentów graniczy z cudem. Do testów używałam nawilżanych chusteczek dla niemowląt i musiałam się porządnie natrzeć aby oczyścić skórę i nie zostać z niebieskimi plamami. Dalej w szeregu znalazła się ArtDeco Eyeshadow Base, na której cienie również świetnie się przylepiły i trzeba było kilku przetarć aby oczyścić skórę. Również i tym razem na końcu znalazła się Avon Eye Shadow Primer Light Beige, która pozwoliła zmyć cienie już za pierwszym przetarciem chusteczką.
                                          
Jak na razie baza Avon wypadła najgorzej jednak jest to mój pierwszy z nią kontakt więc jestem w stanie jej to wybaczyć. Zobaczę jak spisze się przy regularnym stosowaniu a potem podzielę się z Wami jej recenzją :)

środa, 9 stycznia 2013

Niespodziewana paczka od Essence!

Przez prawie cały grudzień brałam udział w konkursach na stronie Essence, które zawarte były w Adwentowym Kalendarzu. Już myślałam, że nic nie wygrałam bo nie dostałam żadnej wiadomości i prawie o wszystkim zapomniałam aż tu wczoraj odwiedził mnie listonosz z paczuszką. Dlatego przeżyłam ogromne zaskoczenie widząc kopertę i nazwę nadawcy a jeszcze większe gdy zobaczyłam zawartość... Dopiero po chwili uświadomiłam sobie o co chodzi...
                
 W paczuszce znalazłam list:
       
 Oraz kosmetyczkę pełną niespodzianek:
    
Po rozpakowaniu okazało się, ze w środku znajdowały się kosmetyki z
Limitowanej Edycji Crazy Good Times:
Rozświetlacz do twarzy i ciała 01 Glitterastic
Pieczątkę do twarzy i ciała 02 Princessorize
Naklejki na paznokcie 02 Candyction
 Dwie pary sztucznych rzęs:
01 Glitterastic
03 Princessorize
oraz
Lakier do paznokci 06 Glitterastic
     
Teraz czas na zoom:
Sztuczne rzęsy:
 U góry 03 Princessorize a na dole 01 Glitterastic
        
Pieczątka 02 Princessorize:
 Jak widać pieczątka jest bardzo mokra i trzeba nabrać trochę wprawy i szybkości w stemplowaniu aby uzyskać idealny efekt.
            
 Lakier do paznokci 06 Glitterastic:
 Składa się z drobniutkiego srebrnego pyłku oraz grubszego brokatu w tym samym kolorze.
    
 Naklejki na paznokcie 02 Candyction
 Urocze i delikatne dlatego bardzo chętnie wypróbuję :)
    

Rozświetlacz do twarzy i ciała 01 Glitterastic:
Wbrew moim obawom daje delikatny efekt chociaż kulę dyskotekową też nim z siebie zrobimy...
Efekt na zdjęciu osiągnęłam przeciągając sztyft dwa razy po ręce. Sam sztyft jest bardzo miękki i dosyć tłusty ale nie klejący dlatego trzeba się z nim delikatnie obchodzić. Do tego pięknie owocowo i słodko pachnie ;)
   
Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z niespodzianki chociaż nie należę do imprezowiczek i raczej ciężko mi będzie to wszystko zużyć ;)

wtorek, 4 grudnia 2012

Księżniczki rządzą!

Essence
Multi Dimenshion
3 in 1 Nail Polish
with XXXL Shine
56 Princesses Rule!
Zdjęcie oczywiście możecie powiększyć przez kliknięcie.
                                    
KOLOR: Delikatny pstelowy, pół-transparentny, mleczny róż z drobnym przezroczystym brokatem, który mieni się wszystkimi kolorami tęczy.
WYKOŃCZENIE: Shimmer.
TRWAŁOŚĆ: Dwie warstwy mają dla mnie standardową trwałość: 1dzień ale małym odpryskom można odpuścić bo są praktycznie niewidoczne i nosić 2 dni;) Za to jedna warstwa utrzymuje się dużo lepiej nawet 3-4 dni.
KONSYSTENCJA: Bardzo rzadka, płynna, lejąca. Łatwo się rozprowadza i na szczęście nie rozlewa się po skórkach ani tam gdzie nie potrzeba jednak trzeba trochę uważać. Niestety schnie dosyć długo ale na szczęście nie pojawiają się na nim bąble. Odbić pościeli też nie widać dzięki zawartości brokatu.
KRYCIE: Pełne krycie nie występuje. Najlepszy efekt uzyskuje się po nałożeniu 2-3 warstw lakieru ale jedna też daje radę i prezentuje się przyjemnie:)
WYDAJNOŚĆ: Dobra ale po każdym malowaniu niewielki ubytek jest widoczny.
SKUTKI UBOCZNE: Brak.
OPAKOWANIE: Spora, przezroczysta, szklana, buteleczka o kształcie walca ze srebrną, szeroką,również walcowatą nakrętką niewiele węższą od buteleczki o metalicznym połysku podobnym do aluminium, którą bardzo dobrze trzyma się w dłoni i maluje.
PĘDZELEK: Średniej długości, bardzo wąski i odpowiednio miękki. Niestety pędzelek jest zbyt wąski i trzeba się trochę natrudzić, żeby dobrze rozprowadzić lakier.
POJEMNOŚĆ: 8ml.
DOSTĘPNOŚĆ: Był dostępny wszędzie tam gdzie kosmetyki Essence: niesieciowe drogerie, Natura, Perfumerie Douglas, internet. Jakiś czas temu został wycofany więc teraz można go zdobyć jedynie na wymiankach.
CENA: Około 7zł.
 OCENA: 3/6
  
Niewątpliwą zaletą tego lakieru jest kolor, który nadaje się praktycznie wszędzie: na duże i małe imprezy, do pracy i szkoły oraz praktycznie dla wszystkich: młodszych i starszych. Niestety jakość nie powala ale za niską cenę można mu to wybaczyć ;)

czwartek, 8 listopada 2012

Przed Świtem

W przeciągu ostatnich kilku dni w części drogerii, w których stoją szafy Essence pojawiła się nowa edycja limitowana. Co prawda jeszcze nie wszędzie dotarła ale myślę, że powinna się tam pojawić na dniach więc będzie ogólnodostępna;)
                                                             
Essence
The Twilight Saga
Breaking Dawn
part 2
                                                         
Początkowo przeglądając w sieci zdjęcia promocyjne a później swatche upatrzyłam sobie kilka produktów, jednak jak zwykle życie zrewidowało moją postawę.
Wczoraj odwiedziłam Drogerię Natura i tam natknęłam się na wyżej wymienioną LE. Obejrzałam interesujące mnie kosmetyki, czyli pigmenty i eyelinery w żelu. Następnie pigmenty wypróbowałam (bo tylko do nich były testery) na ręce i odstawiłam cyrk z wchodzeniem i wychodzeniem z drogerii aby obejrzeć sobie efekt w świetle dziennym. W sumie dobrze, że się o to pokusiłam bo światło w sklepie było tak mylące, że najładniejszy wydał mi się pigment 01 Jacob's Protection (czarny ze srebrnym połyskiem), chociaż w rzeczywistości nie ma w nim nic niezwykłego. Złoty pigment (03 A Piece Of Forever) sobie odpuściłam bo nam lepsze wersje, a fiolet (02 Alice Had a Vision - Again) wydał mi się podobny do cienia z LE Wild Craft więc nie chciałam dublować. Róż, pomadka, tinty, i rozświetlacz a tym bardziej lakiery do paznokci od początku mnie nie interesowały więc nawet nie patrzyłam w ich stronę.
                       
Koniec końców w moje łapki wpadły dwie rzeczy:
 Glitter Eyeliner 02 Jacob's Protection - Chociaż jest bardzo kontrowersyjny to spodobał mi się na tyle, że wrzuciłam go do koszyka. Będzie idealny do nakładania na kreskę narysowaną kredką albo kolorowym eyelinerem. Cena eyelinera to: 9,99zł.
Pigments 04 Edward's Love - Kolor bardzo niejednoznaczny - szarość połączona z brązem i odrobiną fioletu oraz dodatkiem kolorowego brokatu iskrzącego wszystkimi kolorami tęczy. Cena pigmentu to 10.99zł.
                                                     
Teraz czas na swatche, czyli to co tygryski lubią najbardziej;)
U góry widoczny jest eyeliner natomiast na dole pigment.
Od lewej: 1. pigment solo, 2. pigment na bazie ArtDeco i 3. pigment na płynie do pigmentów KOBO.
Wszystkie zdjęcia oczywiście możecie sobie powiększyć klikając na nie.
                                                          
 Co jeszcze zwróciło moją uwagę?
Bardzo chwalebna rzecz: mianowicie pigmenty są fabrycznie porządnie zabezpieczone przed wtykaniem w nie paluchów przez ciekawskie osoby. Najpierw zakrętka zabezpieczona jest grubą foliową naklejką z nazwą produktu a następnie samo siteczko zabezpieczone jest naklejoną folią.
Szkoda, że tylko pigment jest tak zabezpieczony a nie cały asortyment marki ale lepsze to niż nic i może to jest znak, że idzie ku dobremu? ;)

Znacie kosmetyki marki Essence?
Czy zainteresowała Was ta edycja limitowana czy może jest dla Was zupełnie nieatrakcyjna?
Skusiliście się na coś?

piątek, 20 lipca 2012

Kundel bury i pazury...

Długo, ale to bardzo, bardzo długo nie było na blogu nic o paznokciach.
Związane jest to z tym, że paznokci malować strasznie nie lubię bo każdy lakier schodzi z nich w przeciągu maksymalnie trzech dni.
Ostatnio jednak na spotkaniu bloggerek dostałam aż 9 lakierów do paznokci więc przywróciłam malowanie do łask i raz na jakiś czas będziecie mogli obejrzeć moje wypociny;)
Dzisiaj na dobry początek coś nowego i coś starego;)
W roli głównej:

Essence
LE Denim Wanted
05 Fivepocket Grey
Zdjęcie oczywiście możecie powiększyć klikając na nie:)
KOLOR: Zimna szarość bez domieszek.
TRWAŁOŚĆ: Ciężko to ocenić bo tej po prostu nie ma. Zarówno z lakierami podkładowymi, nawierzchniowymi jak i bez nich lakier nie jest w stanie wytrzymać na paznokciach 24 godzin:(
KONSYSTENCJA: Dosyć rzadka - dobrze się maluje paznokcie ale trzeba uważać bo może rozlewać się po skórkach. Dosyć szybko wysycha ale długo twardnieje.
KRYCIE: Całkiem nie złe. Można pokryć paznokcie już jedną grubszą warstwą ale zdecydowanie lepszy efekt dają dwie cieńsze. Wtedy krycie jest całkowite.
WYDAJNOŚĆ: Bardzo dobra chociaż może to być wynikiem niechęci do jego stosowania.
SKUTKI UBOCZNE: Brak.
OPAKOWANIE: Przezroczysta odrobinę prosta szklana butelka z czarną nakrętką.
PĘDZELEK: Długi ale niezbyt wąski. Dobrze się nim operuje i dwoma machnięciami można pokryć cały paznokieć lakierem.
POJEMNOŚĆ: 9ml.
DOSTĘPNOŚĆ: Teraz jedynie internet i wymianki a wcześniej Douglasy i niesieciowe drogerie, w których była dostępna ta limitka.
CENA: Nie pamiętam dokładnie ale pewnie coś ok. 7-8zł.
 OCENA: 2/6 
Lakier bardzo mi się podoba ale jego trwałość strasznie zniechęca. Jest idealny gdy mam bardzo, bardzo kiepski humor;) W tym wypadku połączyłam go z pękającym lakierem nawierzchniowym Wibo (o którym przeczytacie już niedługo) i oddał idealnie mój paskudny nastrój;)

czwartek, 29 marca 2012

Mistyczna lemona;)

ESSENCE
eyeshadow 
43 mystic lemon
holographic effect

OBIETNICE PRODUCENTA:
SKŁAD:
Nie mam niestety:(
MOJE WRAŻENIA:
BARWA: W opakowaniu Delikatna pastelowa cytrynka z lekkim połyskiem. Po nałożeniu cień staje transparentny, prawie bezbarwny ale bardzo intensywnie opalizuje na żółto-złoto.
PIGMENTACJA: Praktycznie żadna. Cień po nałożeniu jedynie lekko rozjaśnia skórę.
KONSYSTENCJA: Pudrowa, ale dosyć miękka chociaż w cieniu są bardziej zbite i twarde grudki.
UŻYTKOWANIE: Przy nakładaniu dosyć mocno pyli. Dobrze przykleja się do powieki pokrytej bazą ale jednocześnie się osypuje. Łatwo się nabiera na palec i pędzel ale ma skłonności pylenia przy nabieraniu na pędzelek i osypywania przy nakładaniu na powiekę. U osób o ciepłej karnacji sprawdzi się również jako rozświetlacz.
WSPÓŁPRACA Z INNYMI KOSMETYKAMI: Dobra. Stanowi świetną bazę pod kreskę eyelinerem i kredką a także pod inne cienie. Daje się dobrze z nimi cieniować. Szczególnie polubiłam jego połączenie z brązami. Chętnie również współpracuje z bazami pod cienie, podkładami i pudrami na które go nakładałam.
TRWAŁOŚĆ: Na bazie ArtDeco dobra. Nie wiem co na to wpływa ale jest mniej trwały niż jego purpurowy brat. Niestety cień miał problemy z wytrzymaniem 16godzin w zmiennych temperaturach i w klimatyzowanym pomieszczeniu. Zazwyczaj ścierał się i rolował w załamaniu. Bez bazy raczej niewielka - max kilka godzin a potem zbiera się w załamaniu i znika.
EFEKTY: Rozświetlone oko i podkreślona tęczówka z rewelacyjnym efektem opalizowania na złoto i żółć.
ZAPACH: Chemiczny, identyczny jak kredy ale bardziej intensywny niż w mystic purple..
SMAK: Nie próbowałam;)
SKUTKI UBOCZNE: Brak.
OPAKOWANIE: Klasyczne, przezroczyste, plastikowe pudełeczko zamykane na klik. Wygląda trochę tandetnie ale jest trwałe i porządnie wykonane.
WYDAJNOŚĆ: Bardzo dobra ale część kosmetyku się marnuje przez pylenie. Lepsza niż u mystic purple.
APLIKATOR: Brak
DOSTĘPNOŚĆ: drogerie, internet
 MASA: 2,5g
CENA: 7zł
OCENA:  4/6

Podsumowanie: Kupiłam go skuszona przez wizażanki. Z resztą jak już kupiłam mystic purple to nie mogłam się powstrzymać, żeby mu nie przyprowadzić towarzysza do domu;) Poza kolorem, który średnio przypadł mi do gustu (wolę chłodne odcienie) cień bardzo dobrze się u mnie sprawdza a większość jego właściwości (poza trwałością) okazało się dużo lepszych niż mystic purple.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...