W lipcowych zakupach pokazywałam Wam moje brytyjskie zdobycze marki Vivo Cosmetics. Wywołały one spore zainteresowanie - zwłaszcza produkty do ust, więc już spieszę z recenzją żebyście nie musieli długo czekać ;)
Zapraszam.
Vivo Cosmetics
Colour Stain Lip Crayon
Thing Called Love
SKŁAD:
ricinus communis (castor) seed oil, polyethylene, diisostearyl malate, beeswax, caprylic/capric trigliceride, hydrogenated polyisobutene, isononyl isononanoate, octyldodecanol, euphorbia cerifera (candelilla) wax, copernicia cerifera (carnauba) wax, simmondsia chinensis (jojoba) seed oil, butyrospermum parkii (shea) butter, phenoxyethanol, ethylhexylglycerin, fragrance ci 77019, ci 77891, ci 15850, ci 15850:1, ci 45410, ci 77492, ci 77499
POJEMNOŚĆ: Brak danych ale Clinique Chubby Stick wygląda identycznie i ma 3 gramy więc podejrzewam, że tu jest tak samo.
DOSTĘPNOŚĆ: Internet - KLIK
CENA: 3,99 Ł
MOJE WRAŻENIA:
Kosmetyk pachnie cudowną, świeżą i dziką miętą pieprzową. Aromat ten jest niezwykle apetyczny a jednocześnie nie ma nic wspólnego z mentholem. Smaku owe cudo nie posiada ale po aplikacji daje uczucie lekkiego chłodzenie niechybnie związane z zapachem, które jednak mija już po kilku sekundach.
Konsystencja sztyftu jest bardzo miękka. W trakcie nakładania lekko sunie po wargach zostawiając na nich idealną warstwę. Ma to jednak swoje wady - w upalne dni należy podchodzić do niego z wyjątkową delikatnością gdyż łatwo o uszkodzenia. Sztyft o mniejszej niż u pomadek średnicy zdecydowanie ułatwia precyzyjną aplikację. W związku z tym użytkowanie go to sama przyjemność. Mogłabym się nim miziać w nieskończoność ;) O dziwo lekka konsystencja nie wpływa negatywnie na jego wydajność i pomimo częstego stosowania nie ubywa go zbyt szybko.
Zaraz po aplikacji w cieniu:
W opakowaniu kolor kosmetyku to nude z delikatną domieszką różu. Niestety nie udało mi się go uchwycić na żadnym zdjęciu. Zaraz po nałożeniu balsam przybiera kolor trochę transparentnego różu z lekką domieszką beżu. Po kilku minutach utlenia się i zamienia w dosyć mocny róż. Nie jest to jaskrawy kolor ale w niczym nie przypomina tego czego można by oczekiwać po obejrzeniu koloru w opakowaniu.
Zaraz po aplikacji w pełnym słońcu:
Pigmentacja jest standardowa jak na tego typu produkty jednak o dziwo krycie zwiększa się w miarę noszenia. Zaraz po aplikacji kolor jest lekko transparentny natomiast w miarę wchłaniania się tłuszczowej bazy pigment coraz bardziej osadza się na wargach zwiększając krycie i intensyfikując kolor dając efekt dosyć mocno podkreślonych i nawilżonych ust. Jego trwałość jest bardzo dobra. Pomimo że nawilżająca baza wchłania
się dosyć szybko to pigment nie wysusza ust i sam mocno przywiera do
naskórka sprawiając że kolor trwa i trwa. Co prawda zjedzenia obiadu nie
przeżyje bez uszczerbku ale picie czy lekkie przekąski to dla niego nie
problem.
Balsam dobrze współpracuje z innymi kosmetykami stosowanymi na wargach. Użyty z konturówką zachowuje się jak delikatna pomadka nie uciekając poza ich zarys, natomiast kładziony na usta potraktowane wcześniej balsamem nawilżającym nie sprawia żadnych problemów.
Ściera się równomiernie od środka ust (zewnętrzne granice pozostają widoczne najdłużej) nie zbierając się w załamaniach ani nie tworząc białych farfocli. Zmywa się również bez problemu każdym środkiem do demakijażu.
Chętnie po niego sięgam i jak dotąd nie odnotowałam żadnych negatywnych skutków jego stosowania.
Kilka minut po aplikacji w pełnym słońcu:
Balsam ma formę wysuwanej jumbo kredki więc jego opakowanie jest z tym ściśle związane. Aby wysunąć sztyft należy przekręcić srebrne zakończenie. Całe opakowanie wykonane jest z porządnego plastiku. Jedyne zastrzeżenia mam do zatyczki, która czasami nie chce się "łapać" opakowania i z łatwością z niego spada więc zamykaniu należy poświęcić trochę uwagi aby potem nie odkryć w kosmetyczce/torebce niespodzianki. Napisy są wykonane niezbyt trwałą farbą więc już niedługo nie będą czytelne. Mam tylko nadzieję, że wszystko zejdzie w miarę estetycznie i nie będzie biło ogryzkami srebra po oczach.
Podsumowując: Świetny kosmetyk za śmieszną cenę! Niewielkie niedociągnięcia w jakości opakowania nie wywołują u mnie żadnych negatywnych emocji, gdyż mam oryginalny Chubby Stick od Clinique i też idealny nie jest chociaż kosztuje ponad 4 razy tyle co cudeńko od Vivo.
Jeżeli będziecie rozważali zakupy kosmetyków tej marki to polecam :)
Jeżeli będziecie rozważali zakupy kosmetyków tej marki to polecam :)