Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Moja historia, część III: SKÓRA

Opisałam Wam już historię mojej pielęgnacji i makijażu a teraz najwyższa pora przejść do sedna sprawy bo obie te rzeczy muszą mieć swoje miejsce, czyli skórę twarzy na którą je nakładamy;)
Szczerze muszę przyznać, że nie pamiętam jaki miałam rodzaj cery jak byłam dzieckiem i młodą nastolatką bo wtedy nie za bardzo mnie to interesowało;) Pamiętam jednak, że w tamtych czasach nigdy nie miałam z nią problemów a jedyne co mnie denerwowało to mocne zaczerwienienie policzków;)
W czasach kiedy przeprowadziłam się do Krakowa i na dobre zaczęła się moja przygoda z makijażem i pielęgnacją moja skóra była idealna. Była zdrowa i matowa a mycie nie powodowało na niej uczucia ściągnięcia. Mogłam stosować kosmetyki albo nie i jakiejś większej różnicy mi to nie robiło. Poza silnym rumienieniem się w okolicy policzków i pojedynczych białych mikro krostek pojawiających się w przeddzień "dni klątwy" (zwrot zapożyczony od Kawaii Maniac) nic nie burzyło mojej idealnej cery. Pomimo tego jednak mój idealizm nie pozwolił mi spocząć na laurach i chciałam poprawić to co było dobre (nie znałam wtedy jeszcze powiedzenia, że "lepsze jest wrogiem dobrego") i katowałam moją nieszczęsną skórę kosmetykami Garniera do cery mieszanej i tłustej (o ile dobrze pamiętam była to seria A - taka niebieska). Po tych zabiegach moja skóra była idealnie matowa na cały mój makijaż składał się cień do powiek, tusz i błyszczyk. Nawet koleżanki mi nie wierzyły jak im mówiłam, że to moja naga skóra i nie mam na niej ani grama pudru. Niestety takie traktowanie zaowocowało popękanymi naczynkami na polikach i w okolicach nosa. Zaczęłam więc bardziej dbać o tę kwestię i przerzuciłam się na kremy i toniki do skóry naczynkowej. Przetestowałam mnóstwo kremów o różnych cenach i najbardziej mojej skórze przypadła do gustu seria do skóry naczynkowej Ziaji, która kosztowała grosze. Za jeden krem płaciłam jakieś 6 czy 8zł a kupowałam dwa (na dzień i na noc) natomiast tonik kosztował około 6-7zł. Normalnie raj;) Po dłuższej kuracji naczynka się schowały ale skóra zaczęła się przetłuszczać i tak już zostało na stałe. Ja natomiast zaczęłam kupować i testować coraz to nowe kremy w celu znalezienie "świętego grala" Miedzy czasie na twarzy pojawiały mi się jakieś mniejsze lub większe pojedyncze wypryski, które jednak nie zaburzały w większy sposób wyglądu mojej twarzy.
Taki stan rzeczy utrzymywał się bardzo długo bo około ośmiu lat, jednak wiosną ubiegłego roku coś się mojej skórze odwidziało. Wiosną pojawiły się jakieś trudne do zidentyfikowania a tym bardziej wyleczenia krostki na brodzie, które jesienią przekształciły się w pojedynczo eksplodujące wulkany. Jak już się z nimi uporałam moja skóra zaczęła się dziwnie przetłuszczać wręcz ociekając sebum. Na początku zimy stan się trochę znormalizował i już myślałam, że będzie OK jednak moja skóra schła, schła i jeszcze raz schła aby w końcu na przełomie stycznia i lutego dojść do etapu skóry tak suchej, że zaczęła mi pionowo pękać na brodzie. Zawsze wydawało mi się, że osoby o skórze suchej są przewrażliwione i nie doceniają tego co dała im natura dopóki sama tego nie doznałam. O połysku mogłam zapomnieć (chociaż czasem zdarzało i się "zabłysnąć" jak moja skóra tak się przesuszyła, że aż zaczęła produkować zbyt dużo sebum aby się bronić) a podkład dosłownie odklejał się od twarzy plackami. Skóra była szara, umęczona, pory ogromne a ja widziałam w lusterku twarz starszą o jakieś 10 lat. Zaczęłam więc nawadniać i natłuszczać skórę najróżniejszymi kremami, serami i olejkami aż odkryłam, że najbardziej pomagają mi kremy przeciwzmarszczkowe 50 i 60 +. Zrobiłam sobie nimi 2-3tygodniowa kurację a potem przeszłam na krem do skóry suchej na noc i krem do cery naczynkowej na dzień. Obecnie stan jej się poprawił i zauważam już nawet normalny połysk typowy dla cery mieszanej (o dziwo bardzo polubiłam ten połysk i już mi nie przeszkadza) jednak jak tylko zapomnę się na chwilę to suchość powraca a skóra staje się przygaszona:(
Obecnie stosuję filtr 30 Ziaji a jak tylko go skończę mam zamiar przejść na 50. Mam nadzieję, że tłustość kremów z filtrem pomoże mojej skórze i zabezpieczy ją przed nadmiernym wysychaniem w trakcie upałów dzięki czemu będę mogła wrócić do normalnej pielęgnacji, i nie zastanawiać się co rano jaka moja skóra dzisiaj będzie.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Moja historia, część II: PIELĘGNACJA

Ciąg dalszy moich historii:) Miałam opisać wszystko na raz ale post wyszedł mi taki długi, ze postanowiłam go podzielić na mniejsze;)
Przygoda z pielęgnacją zaczęła się praktycznie równocześnie z makijażem bo to kosmetyki do demakijażu były pierwszymi, które zaczęłam używać. Tak jak poprzednią notkę, zacznę również od genezy;)
Moja mama jest zdecydowaną przeciwniczką zaawansowanej pielęgnacji skóry co oznacza, że jest moim całkowitym przeciwieństwem. Dla niej mydło i woda zupełnie wystarczą. Czasami pod moim bardzo mocnym naciskiem sięga po jakieś kremy przeciwzmarszczkowe ale nie nosi to nawet śladu regularności w związku z tym nie można mówić o jakimkolwiek ich wpływie na cerę. O stosowaniu jakichkolwiek filtrów nie ma co już nawet wspominać... Brak pielęgnacji, bardzo ciężkie życie i praca w pełnym słońcu spowodowały, że cera mojej mamy jest niesamowicie zniszczona: nierówna opalenizna, przebarwienia, zmarszczki oraz opuchnięcia pod oczyma przechodzące już w worki to smutna codzienność. Nie wiem jaki rodzaj skóry ma moja mama ponieważ nigdy się tym nie przejmowała jednak podejrzewam, że jest bardzo odwodniona. Takie zachowanie mojej mamy wynika z jej wychowania - dla mojej babci istnieje jedynie woda i mydło. Co do sposobów pielęgnacji drugiej babci nie mogę się wypowiadać bo nie utrzymywałam z nią kontaktów.
Wakacje u braci mojej mamy, o których pisałam w poprzedniej notce również miały tutaj swój wpływ. Młodsza bratowa mojej mamy poza wodą i mydłem stosowała jakieś tam kremy, natomiast jej starsza bratowa zawsze używała i z tego co wiem używa do tej pory kremu Nivea ale w jej kosmetyczce były jeszcze inne kremy i samoopalacze a poza tym wszystkim ciocia robiła sobie również maseczki np. z jajka, śmietany i czegoś tam jeszcze.
Wizyty u ciotki i pierwsze przygody z makijażem przyniosły również doświadczenia w kwestii pielęgnacji. Na samym początku za poradą mojej mamy ściągałam malowidła kremem Nivea i papierem toaletowym. Było to dosyć uciążliwe i dosyć drastyczne ale dawało radę. Jakiś czas później odkryłam mleczka do demakijażu i to było objawienie;) W tym samym czasie prawdopodobnie zaczęłam również używać jakichś lekkich kremów do twarzy ale nie pamiętam tego dokładnie.
Po przeprowadzce do Krakowa zakupiłam swój pierwszy tonik. Był to nawilżający aloesowy tonik Avon z serii Naturals. Uwielbiałam go wtedy in do tej pory darzę sentymentem. W tym czasie odkryłam świat kosmetyczny i zaczęłam stosować żele do mycia twarzy, więcej kremów, mleczka do demakijażu, później maski a na końcu balsamy do ciała oraz odkryłam markę Yves Rocher. Na początku niekoniecznie to wszystko dopasowane było do rodzaju mojej cery bo i nie znałam jej rodzaju ani potrzeb w związku z tym skutki były czasem lepsze, czasem gorsze a i z regularnością było różnie ale koniec końców szło mi coraz lepiej;)
W marę upływu czasu zapoznawałam się z rodzajami skóry, jej potrzebami i sposobami ich zaspokajania dzięki czemu doszłam do etapu na jakim jestem. Stosuję toniki, kremy, żele, maseczki i mnóstwo innych kosmetyków, o których możecie tutaj czytać;)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Moja historia, część I: MAKIJAŻ

Dzisiaj będzie bez recenzji, bo jakoś ostatnio nie mam weny (wyżywam się artystycznie na sesjach i to chyba dlatego) i bez zdjęć ponieważ osoby o wrażliwych nerwach mogłyby tego nie wytrzymać. Będzie za to dużo pisaniny o mojej skórze. Motka może niezbyt przydatna ale za to będziecie mogły mnie bliżej poznać.
Zacznę od genezy czyli tego co wyniosłam z domu i jak zaczęła się moja historia z makijażem.
 Moja mama stosuje jedynie pomadkę albo błyszczyk. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek nakładała na siebie coś więcej ale z jej opowieści wynika, że też się kiedyś malowała.
Skąd więc u mnie takie zamiłowanie do wizażu? Czytajcie dalej;)
Od dziecka jeździłam na wakacje do braci mojej mamy (starszego i młodszego). Młodsza bratowa mojej mamy wyznaje zasadę: "im mniej tym więcej" więc z tego co pamiętam w jej łazience  pojedyncze kosmetyki do makijażu. Ciocia zawsze stosowała (i stosuje nadal) bardzo delikatny i subtelny makijaż maskujący niedoskonałości i odrobinę podkreślający naturalne walory. W jej łazience widziałam jedynie puder, róż, tusz do rzęs, 1 pastelowy cień i jakieś 2 pomadki podkreślający naturalny kolor ust. Nie było tego zbyt dużo więc nie wywołało mojego zainteresowania. Jednak starsza bratowa mojej mamy to prawdziwa kosmetykoholiczka i miała taki swój rytuał: codziennie rano robiła sobie kawę z mlekiem i punkt 9.00 zasiadała z tą kawką na około godzinę do robienia makijażu (nie wiem jak jest teraz więc opiszę tylko to pamiętam). Jej kosmetyczka to prawdziwy raj dla ciekawskiej nastolatki. Poza podkładem używała jeszcze pudru, cieni do powiek, kredki do oczu, tuszu do rzęs, kredki do ust i pomadki wszystkie w odcieniach brązu. Różu nie pamiętam ale o ile był to na pewno był brązowy;) Ciocia nie kupowała kosmetyków drogich. Wszystko czego używała kupowała na pobliskim bazarku za cenę 2-3zł.
Po tym przydługim wstępie pora jednak przejść do rzeczy:
Opowieści mojej mamy o jej malowaniu i wakacje u jej starszego brata zaowocowały tym, że w wieku około 14-tu cz 16-tu lat zaczęłam się malować. Nie będę ściemniać, że wcześniej nic nie stosowałam - zawsze wyłudzałam od mamy jakieś błyszczyki w kulce albo owocowe pomadki ochronne Bell ale to było wszystko. Z tego co pamiętam przygodę z makijażem zaczęłam od ciemnogranatowych cieni z podebranej mojej mamie niedrogiej paletki i tuszu do rzęs kupionego na targu. Nie pamiętam bardziej kolorowych błyszczyków i pomadek niż te używane wcześniej ale w tym czasie pojawiły się też u mnie pierwsze lakiery do paznokci również kupione na targu za około 2-3zł. Makijaż robiłam sobie tylko w niedzielę i większe święta a malowanie do szkoły nawet nie przyszło mi do głowy. 
W gimnazjum do mojego makijażowego zestawu doszedł jaskrawo różowy błyszczyk chyba Astor przysłany przez ciotkę (a właściwie to koleżankę mojej mamy z Australii) nakładany na usta i w bardziej mrocznym okresie mojego życia również na powieki;) Nie pamiętam również czarnych kredek, które są nieodzownym elementem bycia mrocznym więc chyba ich nie stosowałam.
Punktem przełomowym w moim makijażowym życiu było pójście do L.O. i przeprowadzka do Krakowa. Wtedy odkryłam Inglota i głównie na nim się opierałam. W tym czasie do makijażu stosowałam szary cień Oriflame i mocno różowy cień Eveline, odkryłam też czarne eyelinery i kredki. W Sephorze kupiłam nawet gabeczkę do rozcierania kredek, o której już TUTAJ pisałam. Zaczęłam kupować coraz droższe tusze do rzęs, zawsze miałam 1 na raz a kolejny kupowałam jak kończył mi się poprzednik - już nie takie po 3zł a Maybelline 2w1, Inglot (dużo tuszy Inglota), Max Factor 2000 kalorii (nie przypadł mi do gustu) i w końcu L'oreal Lash Architect (to był mój ulubieniec). Miałam też pojedyncze błyszczyki i pomadki w większości Inglota - wszystkie bardzo jasne. Pudru używałam bardzo sporadycznie ale kupiłam do niego mój pierwszy pędzel. Był to Inglot 15BJF, który dzielnie służy mi do tej pory. Takie praktyki stosowałam do końca liceum i na początku studiów.
Na studiach ograniczyłam makijaż do pudru,  błyszczyku, czarnej kredki i czarnego tuszu. Zazwyczaj używałam Rimmel Volume Flash Mascara. Dopiero na trzecim roku studiów sięgnęłam po podkłady - na początku sypkie Rimmel Lasting Finish Minerals Powder Foundation oraz rozszerzyłam swoje zapasy o kolorowe kredki i cienie do oczu, bazę pod cienie, kulki brązujące. Dopiero pod koniec studiów (V rok) odkryłam wizaż i bardziej zagłębiłam się w tym temacie. Nakupiłam więcej kosmetyków (w tym marmurkowy róż Avon), oszalałam na punkcie Essence i postanowiłam iść na kurs makijażu. Nawet kupiłam w pośpiechu TEN zestaw pędzli jednak plany się zmieniły i poszłam do szkoły wizażu i stylizacji. Dalszą historię już znacie bo zaczęłam pisać bloga więc jesteście na bieżąco. Teraz staram się malować jak najwięcej nie tylko siebie ale również na sesjach i myślę o rozpoczęciu własnej działalności;)

Pewnie część rzeczy pominęłam bo już o nich zapomniałam ale starałam się opisać wszystko co tylko pamiętam. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam swoimi osobistymi wynurzeniami i będziecie chcieli poczytać jeszcze inne historie z mojego życia:)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...