Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisemnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisemnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 grudnia 2018

Wesołych Świąt!

Kochani!
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia pragnę przesłać Wam najserdeczniejsze życzenia: niech te Święta będą dla Was niezapomnianym czasem spędzonym bez pośpiechu, troski i zmartwień, niech przebiegną w spokoju, radości i wśród najbliższych przyjaciół oraz rodziny, dając radość i odpoczynek, a także nadzieję na to, że nowy Nowy Rok będzie lepszy niż ten, który właśnie odchodzi.
  
  
Wesołych Świąt!

sobota, 22 listopada 2014

Co mi dało blogowanie?

Niedługo minie 5 lat odkąd prowadzę bloga i choć nie były to lata sławy, splendoru i nieustannych współprac to dały mi bardzo wiele. W związku z tym, że jesień nastraja mnie nostalgicznie i sprzyja przemyśleniom zamiast pokazywać kolejną porcję pustych opakowań zaserwuję Wam trochę mojej paplaniny.
 
1. Motywacja/Pozytywna zazdrość - Zazdrość to uczucie złe i niszczące ale nie w tym przypadku. Prowadząc bloga i obserwując innych wykluł się we mnie nowy rodzaj zazdrości mobilizującej, pobudzającej do samodoskonalenia oraz rozwoju, bo: Hej! Skoro Ty to możesz to ja również!. Choć niekoniecznie możecie to widzieć tutaj to zdecydowanie jest ona wyraźnie widoczna w moim życiu poza blogowym i przynosi bardzo pozytywne efekty choć postępy przychodzą małymi kroczkami.

2. Pewność siebie - Od wczesnych lat dziecięcych zawsze byłam dosyć pewna siebie a nawet butna choć niekoniecznie przekonana o słuszności takiego przekonania. Lata blogowania, testowania kosmetyków, nielicznych współprac oraz wymiany opinii sprawiły, że ponownie doszłam do wniosku, iż "zawsze miałam rację" a moje decyzje były słuszne. Miło mieć taką samoświadomość i to jeszcze nie bezpodstawną ;)
         
3. Umiarkowanie - Jakiś czas przed tym zanim założyłam bloga za sprawą wizaż.pl wpadłam w "kosmetyczny szał" czego skutkiem był lawinowy napływ kosmetyków do mojej kosmetyczki co nigdy przedtem nie miało miejsca. Współprace a także obfitość kosmetyków, które dostałam na bloggerskich spotkaniach nie tylko zahamowały moje niekontrolowane zakupy a nawet spowodowały, że teraz nie czuję potrzeby tworzenia zapasów i o wiele bardziej doceniam te wydajne, które długo mi służą.
             
4. Wiedza - Choć nie jestem mistrzynią czytania składów jak Angel czy Arsenic to jestem w stanie mniej więcej ocenić co jest czym i czy mi to służy, czy nie. Zdecydowanie pewniej dobieram teraz kosmetyki a moje zakupy nie obywają się już bez choćby jednego spojrzenia na składy więc świadomie sięgam po to co dla mnie najlepsze.

5. Znajomości - Blogowanie pozwoliło mi poznać wiele wspaniałych osób a nawet zadzierzgnąć zaskakująco bliskie kontakty ;)
 
Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych powodów ale już tylko te sprawiają, że jak dotąd nie zamknęłam bloga i myśl o tym ciąży mi niczym myśl o nadchodzących mrozach. Choć częstotliwość publikowania postów ostatnio znacząco spadła to na razie blog nadal zostaje a ja postaram się częściej pisać i popracować nad jakością zimowych zdjęć ;)
     
A co Wam dają blogi?
Jakie mają dla Was znaczenie?

środa, 22 sierpnia 2012

Motocykl vs. Samochód

... czyli prywatnych przemyśleń kilka na blogu o kosmetykach.

UWAGA - post dla czytelników o mocnych nerwach!

Ci, którzy obserwują mojego facebooklowe życie mojego bloga (zapraszam) - KLIK wiedzą, że praktycznie codziennie jeżdżę na rowerze. Czy robię to dla odchudzenia, poprawienia kondycji, osiągnięcia brzucha idealnego, zabicia czasu czy dla różnych innych rzeczy jest w tej chwili mało ważne. Ważne jest natomiast to, że jazda na rowerze jest dla mnie, poza pluskaniem się w wannie, idealnym czasem na różnego rodzaju przemyślenia bo poza zastanawianiem się czy, żadne auto mnie aktualnie nie rozjeżdża (no właśnie!) żadne myśli nie zaprzątają mojego umysłu.
 
Przejdę już jednak do głównego tematu, który zaprząta moje myśli. Kilka dni temu w okolicy zdarzył się wypadek. Ci, którzy mieszkają w niedaleko pewnie skojarzą, o który chodzi ale dla jasności opiszę - nie pytajcie skąd znam szczegóły.
Na motorze jechała sobie parka: chłopak kierowca i jego dziewczyna z tyłu jako pasażer. Zatrzymali się na jednej ze stacji benzynowych i tam chłopak upominał dziewczynę, żeby zapięła kask bo jechała z odpiętym. Ona oponowała twierdząc, że sprzączka ją uciska i obciera, i koniec końców go nie zapięła. Wyruszyli ze stacji i przejechali może 1,5 km gdy jadący z naprzeciwka kierowca samochodu postanowił skręcić w lewo do sklepu. Nie mam pojęcia co nim kierowało ale postanowił, że nie będzie się zatrzymywał. Stwierdził, że skręci i nadal będzie sobie jechał a tym czasie parka na motorze przejedzie i on bez zatrzymywania znajdzie się an parkingu. Coś mu jednak nie poszło, coś źle wymierzył i skalkulował bo zahaczył o tył motoru. Dziewczyna spadła, z jej głowy spadł kask a ona gołą głową uderzyła o asfalt. Jak łatwo przewidzieć z jej uszu, oczu, nosa i ust popłynęła krew. Chłopakowi nic się nie stało. Rzucił motor i pobiegł do niej ale było już za późno - dziewczyna się wykrwawiła i zginęła na miejscu.
To wydarzenie wywołało małą burze u mnie w domu a szczególnie między mną a moją drugą połówką. On uważa, że winna jest dziewczyna: gdyby zapięła kask może by przeżyła i może nic by się jej nie stało. No właśnie "może"! Ja natomiast uważam, że 100% winy leży po stronie kierowcy: w końcu gdyby się zatrzymał i wykonała manewr tak jak należy nie stało by się NIC. Uważam, że kierując się tokiem myślenia mojego lubego kierowca usprawiedliwi się całkowicie i następnym razem zrobi to samo - no bo w końcu to była wina dziewczyny bo nie zapięła kasku a nie jego bo uderzył w motor. Nie żebym pochwalała to co ona zrobiła - z resztą Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że wręcz obsesyjnie staram się dbać o bezpieczeństwo, jednak jest pewien ważny argument, który decyduje o tym, ze moje stanowisko jest takie a nie inne:
Moja trasa rowerowa to standardowo 6 km chociaż teraz ją trochę przedłużyłam więc obecnie wynosi jakieś 7-8 km. Jeżdżąc nią praktycznie codziennie, praktycznie codziennie dziękuję Bogu, że udało mi się wrócić do domu żywej. Może przesadzam ale to co dzieje się na drogach jeży mi włosy na plecach. Kierowcy samochodów widząc na drodze zwierzę praktycznie nie reagują: nie zwalniają, nie zatrzymują się ani nawet nie starają się go ominąć. Jadą sobie po prostu przed siebie bezmyślnie pozbawiając życia kolejne istnienie. Tak samo dzieje się gdy widzą na drodze pieszego lub rowerzystę. Motocyklistów dotyczy to trochę w mniejszym stopniu bo oni są więksi i mogą wyrządzić więcej szkód. Wyprzedzanie na trzeciego to norma - przerabiam to 2-3 czasami nawet 4 razy na odcinku może 3 km, zachowywania minimalnej odległości od wyprzedzanego rowerzysty/pieszego bardzo ciężko się dopatrzyć a o ustąpieniu pierwszeństwa rowerzyście nawet nie będę wspominać bo takie coś po prostu nie istnieje!
Nie chcę tu generalizować bo wiem, że nie wszyscy kierowcy tak jeżdżą ale nie oszukujmy się - pozostało ich niewielu:(
Sama mam prawo jazdy i również, nie często ale jednak zdarza mi się jeździć samochodem. Wiem, że nie jestem genialnym i doświadczonym kierowcą, i sama też mogę stanowić zagrożenie na drodze ale z pełną świadomością tego wszystkiego stwierdzam, że kary dla kierowców za łamanie przepisów są zdecydowanie zbyt niskie. Kierowcy nie boją się ani kar, ani wyrzutów sumienia, ani tego, że mogą kogoś skrzywić na całe życie albo zabić. Ponosi ich brawura, podniecenie prędkością i bezmyślność.
Szkoda, wielka szkoda...

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Moja historia, część III: SKÓRA

Opisałam Wam już historię mojej pielęgnacji i makijażu a teraz najwyższa pora przejść do sedna sprawy bo obie te rzeczy muszą mieć swoje miejsce, czyli skórę twarzy na którą je nakładamy;)
Szczerze muszę przyznać, że nie pamiętam jaki miałam rodzaj cery jak byłam dzieckiem i młodą nastolatką bo wtedy nie za bardzo mnie to interesowało;) Pamiętam jednak, że w tamtych czasach nigdy nie miałam z nią problemów a jedyne co mnie denerwowało to mocne zaczerwienienie policzków;)
W czasach kiedy przeprowadziłam się do Krakowa i na dobre zaczęła się moja przygoda z makijażem i pielęgnacją moja skóra była idealna. Była zdrowa i matowa a mycie nie powodowało na niej uczucia ściągnięcia. Mogłam stosować kosmetyki albo nie i jakiejś większej różnicy mi to nie robiło. Poza silnym rumienieniem się w okolicy policzków i pojedynczych białych mikro krostek pojawiających się w przeddzień "dni klątwy" (zwrot zapożyczony od Kawaii Maniac) nic nie burzyło mojej idealnej cery. Pomimo tego jednak mój idealizm nie pozwolił mi spocząć na laurach i chciałam poprawić to co było dobre (nie znałam wtedy jeszcze powiedzenia, że "lepsze jest wrogiem dobrego") i katowałam moją nieszczęsną skórę kosmetykami Garniera do cery mieszanej i tłustej (o ile dobrze pamiętam była to seria A - taka niebieska). Po tych zabiegach moja skóra była idealnie matowa na cały mój makijaż składał się cień do powiek, tusz i błyszczyk. Nawet koleżanki mi nie wierzyły jak im mówiłam, że to moja naga skóra i nie mam na niej ani grama pudru. Niestety takie traktowanie zaowocowało popękanymi naczynkami na polikach i w okolicach nosa. Zaczęłam więc bardziej dbać o tę kwestię i przerzuciłam się na kremy i toniki do skóry naczynkowej. Przetestowałam mnóstwo kremów o różnych cenach i najbardziej mojej skórze przypadła do gustu seria do skóry naczynkowej Ziaji, która kosztowała grosze. Za jeden krem płaciłam jakieś 6 czy 8zł a kupowałam dwa (na dzień i na noc) natomiast tonik kosztował około 6-7zł. Normalnie raj;) Po dłuższej kuracji naczynka się schowały ale skóra zaczęła się przetłuszczać i tak już zostało na stałe. Ja natomiast zaczęłam kupować i testować coraz to nowe kremy w celu znalezienie "świętego grala" Miedzy czasie na twarzy pojawiały mi się jakieś mniejsze lub większe pojedyncze wypryski, które jednak nie zaburzały w większy sposób wyglądu mojej twarzy.
Taki stan rzeczy utrzymywał się bardzo długo bo około ośmiu lat, jednak wiosną ubiegłego roku coś się mojej skórze odwidziało. Wiosną pojawiły się jakieś trudne do zidentyfikowania a tym bardziej wyleczenia krostki na brodzie, które jesienią przekształciły się w pojedynczo eksplodujące wulkany. Jak już się z nimi uporałam moja skóra zaczęła się dziwnie przetłuszczać wręcz ociekając sebum. Na początku zimy stan się trochę znormalizował i już myślałam, że będzie OK jednak moja skóra schła, schła i jeszcze raz schła aby w końcu na przełomie stycznia i lutego dojść do etapu skóry tak suchej, że zaczęła mi pionowo pękać na brodzie. Zawsze wydawało mi się, że osoby o skórze suchej są przewrażliwione i nie doceniają tego co dała im natura dopóki sama tego nie doznałam. O połysku mogłam zapomnieć (chociaż czasem zdarzało i się "zabłysnąć" jak moja skóra tak się przesuszyła, że aż zaczęła produkować zbyt dużo sebum aby się bronić) a podkład dosłownie odklejał się od twarzy plackami. Skóra była szara, umęczona, pory ogromne a ja widziałam w lusterku twarz starszą o jakieś 10 lat. Zaczęłam więc nawadniać i natłuszczać skórę najróżniejszymi kremami, serami i olejkami aż odkryłam, że najbardziej pomagają mi kremy przeciwzmarszczkowe 50 i 60 +. Zrobiłam sobie nimi 2-3tygodniowa kurację a potem przeszłam na krem do skóry suchej na noc i krem do cery naczynkowej na dzień. Obecnie stan jej się poprawił i zauważam już nawet normalny połysk typowy dla cery mieszanej (o dziwo bardzo polubiłam ten połysk i już mi nie przeszkadza) jednak jak tylko zapomnę się na chwilę to suchość powraca a skóra staje się przygaszona:(
Obecnie stosuję filtr 30 Ziaji a jak tylko go skończę mam zamiar przejść na 50. Mam nadzieję, że tłustość kremów z filtrem pomoże mojej skórze i zabezpieczy ją przed nadmiernym wysychaniem w trakcie upałów dzięki czemu będę mogła wrócić do normalnej pielęgnacji, i nie zastanawiać się co rano jaka moja skóra dzisiaj będzie.

piątek, 27 kwietnia 2012

Sentymentalnie;)

Porobiłam trochę zdjęć kolorówki do przyszłych recenzji jednak w związku z tym, że wypadł mi niezapowiedziany wyjazd do mamy na weekend (sobota i niedziela) nie mam czasu ich dzisiaj obrobić dlatego na razie uraczę Was recenzjami kosmetyków pielęgnacyjnych.
W związku z tym, że wielkimi krokami zbliża się dzień urodzin bloga jakoś tak naszło mnie na kontemplację. Doszłam do wniosku, że przez ten rok bardzo zaniedbałam recenzje kolorówkowe i niesamowicie po macoszemu traktuję temat, który miał być motywem przewodnim Sexi przygody... Skupiłam się na pielęgnacji a wizaż i kolorówkę odstawiłam w kąt. Nie będę ukrywać, że tak mi było łatwiej a recenzje właściwie pisały się same. Duży wpływ na taki stan rzeczy miał (i ma nadal) prowadzony przeze mnie projekt denko. W przeciwieństwie do pielęgnacji kolorówkę zużywa się żmudnie i powoli, zwłaszcza te kosmetyki, które okazały się średnio udanym zakupem. Postanowiłam jednak, że teraz będzie inaczej. Postaram się jak najczęściej dodawać makijaże i skupię się na kosmetykach do upiększania chociaż bez kosmetyków pielęgnacyjnych na pewno się nie obejdzie;) W ciągu tego roku udało mi się znaleźć kilka pielęgnacyjnych perełek, których postaram się trzymać jak najdłużej. W związku z powyższym notki najprawdopodobniej również będą się rzadziej pojawiały ale postaram się już nie robić tak ogromnych przerw jak ta zimowa;)
Dobra, dosyć już tego sentymentalnego gadania;) Pomimo postanowienia zmiany muszę Was jednak czymś uraczyć i na razie będą to recenzje pielęgnacyjne. W końcu muszę się z kimś podzielić wrażeniami, że zużywania mojej wielkiej szuflady zapasów, którą nachomikowałam;)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Moja historia, część II: PIELĘGNACJA

Ciąg dalszy moich historii:) Miałam opisać wszystko na raz ale post wyszedł mi taki długi, ze postanowiłam go podzielić na mniejsze;)
Przygoda z pielęgnacją zaczęła się praktycznie równocześnie z makijażem bo to kosmetyki do demakijażu były pierwszymi, które zaczęłam używać. Tak jak poprzednią notkę, zacznę również od genezy;)
Moja mama jest zdecydowaną przeciwniczką zaawansowanej pielęgnacji skóry co oznacza, że jest moim całkowitym przeciwieństwem. Dla niej mydło i woda zupełnie wystarczą. Czasami pod moim bardzo mocnym naciskiem sięga po jakieś kremy przeciwzmarszczkowe ale nie nosi to nawet śladu regularności w związku z tym nie można mówić o jakimkolwiek ich wpływie na cerę. O stosowaniu jakichkolwiek filtrów nie ma co już nawet wspominać... Brak pielęgnacji, bardzo ciężkie życie i praca w pełnym słońcu spowodowały, że cera mojej mamy jest niesamowicie zniszczona: nierówna opalenizna, przebarwienia, zmarszczki oraz opuchnięcia pod oczyma przechodzące już w worki to smutna codzienność. Nie wiem jaki rodzaj skóry ma moja mama ponieważ nigdy się tym nie przejmowała jednak podejrzewam, że jest bardzo odwodniona. Takie zachowanie mojej mamy wynika z jej wychowania - dla mojej babci istnieje jedynie woda i mydło. Co do sposobów pielęgnacji drugiej babci nie mogę się wypowiadać bo nie utrzymywałam z nią kontaktów.
Wakacje u braci mojej mamy, o których pisałam w poprzedniej notce również miały tutaj swój wpływ. Młodsza bratowa mojej mamy poza wodą i mydłem stosowała jakieś tam kremy, natomiast jej starsza bratowa zawsze używała i z tego co wiem używa do tej pory kremu Nivea ale w jej kosmetyczce były jeszcze inne kremy i samoopalacze a poza tym wszystkim ciocia robiła sobie również maseczki np. z jajka, śmietany i czegoś tam jeszcze.
Wizyty u ciotki i pierwsze przygody z makijażem przyniosły również doświadczenia w kwestii pielęgnacji. Na samym początku za poradą mojej mamy ściągałam malowidła kremem Nivea i papierem toaletowym. Było to dosyć uciążliwe i dosyć drastyczne ale dawało radę. Jakiś czas później odkryłam mleczka do demakijażu i to było objawienie;) W tym samym czasie prawdopodobnie zaczęłam również używać jakichś lekkich kremów do twarzy ale nie pamiętam tego dokładnie.
Po przeprowadzce do Krakowa zakupiłam swój pierwszy tonik. Był to nawilżający aloesowy tonik Avon z serii Naturals. Uwielbiałam go wtedy in do tej pory darzę sentymentem. W tym czasie odkryłam świat kosmetyczny i zaczęłam stosować żele do mycia twarzy, więcej kremów, mleczka do demakijażu, później maski a na końcu balsamy do ciała oraz odkryłam markę Yves Rocher. Na początku niekoniecznie to wszystko dopasowane było do rodzaju mojej cery bo i nie znałam jej rodzaju ani potrzeb w związku z tym skutki były czasem lepsze, czasem gorsze a i z regularnością było różnie ale koniec końców szło mi coraz lepiej;)
W marę upływu czasu zapoznawałam się z rodzajami skóry, jej potrzebami i sposobami ich zaspokajania dzięki czemu doszłam do etapu na jakim jestem. Stosuję toniki, kremy, żele, maseczki i mnóstwo innych kosmetyków, o których możecie tutaj czytać;)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Moja historia, część I: MAKIJAŻ

Dzisiaj będzie bez recenzji, bo jakoś ostatnio nie mam weny (wyżywam się artystycznie na sesjach i to chyba dlatego) i bez zdjęć ponieważ osoby o wrażliwych nerwach mogłyby tego nie wytrzymać. Będzie za to dużo pisaniny o mojej skórze. Motka może niezbyt przydatna ale za to będziecie mogły mnie bliżej poznać.
Zacznę od genezy czyli tego co wyniosłam z domu i jak zaczęła się moja historia z makijażem.
 Moja mama stosuje jedynie pomadkę albo błyszczyk. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek nakładała na siebie coś więcej ale z jej opowieści wynika, że też się kiedyś malowała.
Skąd więc u mnie takie zamiłowanie do wizażu? Czytajcie dalej;)
Od dziecka jeździłam na wakacje do braci mojej mamy (starszego i młodszego). Młodsza bratowa mojej mamy wyznaje zasadę: "im mniej tym więcej" więc z tego co pamiętam w jej łazience  pojedyncze kosmetyki do makijażu. Ciocia zawsze stosowała (i stosuje nadal) bardzo delikatny i subtelny makijaż maskujący niedoskonałości i odrobinę podkreślający naturalne walory. W jej łazience widziałam jedynie puder, róż, tusz do rzęs, 1 pastelowy cień i jakieś 2 pomadki podkreślający naturalny kolor ust. Nie było tego zbyt dużo więc nie wywołało mojego zainteresowania. Jednak starsza bratowa mojej mamy to prawdziwa kosmetykoholiczka i miała taki swój rytuał: codziennie rano robiła sobie kawę z mlekiem i punkt 9.00 zasiadała z tą kawką na około godzinę do robienia makijażu (nie wiem jak jest teraz więc opiszę tylko to pamiętam). Jej kosmetyczka to prawdziwy raj dla ciekawskiej nastolatki. Poza podkładem używała jeszcze pudru, cieni do powiek, kredki do oczu, tuszu do rzęs, kredki do ust i pomadki wszystkie w odcieniach brązu. Różu nie pamiętam ale o ile był to na pewno był brązowy;) Ciocia nie kupowała kosmetyków drogich. Wszystko czego używała kupowała na pobliskim bazarku za cenę 2-3zł.
Po tym przydługim wstępie pora jednak przejść do rzeczy:
Opowieści mojej mamy o jej malowaniu i wakacje u jej starszego brata zaowocowały tym, że w wieku około 14-tu cz 16-tu lat zaczęłam się malować. Nie będę ściemniać, że wcześniej nic nie stosowałam - zawsze wyłudzałam od mamy jakieś błyszczyki w kulce albo owocowe pomadki ochronne Bell ale to było wszystko. Z tego co pamiętam przygodę z makijażem zaczęłam od ciemnogranatowych cieni z podebranej mojej mamie niedrogiej paletki i tuszu do rzęs kupionego na targu. Nie pamiętam bardziej kolorowych błyszczyków i pomadek niż te używane wcześniej ale w tym czasie pojawiły się też u mnie pierwsze lakiery do paznokci również kupione na targu za około 2-3zł. Makijaż robiłam sobie tylko w niedzielę i większe święta a malowanie do szkoły nawet nie przyszło mi do głowy. 
W gimnazjum do mojego makijażowego zestawu doszedł jaskrawo różowy błyszczyk chyba Astor przysłany przez ciotkę (a właściwie to koleżankę mojej mamy z Australii) nakładany na usta i w bardziej mrocznym okresie mojego życia również na powieki;) Nie pamiętam również czarnych kredek, które są nieodzownym elementem bycia mrocznym więc chyba ich nie stosowałam.
Punktem przełomowym w moim makijażowym życiu było pójście do L.O. i przeprowadzka do Krakowa. Wtedy odkryłam Inglota i głównie na nim się opierałam. W tym czasie do makijażu stosowałam szary cień Oriflame i mocno różowy cień Eveline, odkryłam też czarne eyelinery i kredki. W Sephorze kupiłam nawet gabeczkę do rozcierania kredek, o której już TUTAJ pisałam. Zaczęłam kupować coraz droższe tusze do rzęs, zawsze miałam 1 na raz a kolejny kupowałam jak kończył mi się poprzednik - już nie takie po 3zł a Maybelline 2w1, Inglot (dużo tuszy Inglota), Max Factor 2000 kalorii (nie przypadł mi do gustu) i w końcu L'oreal Lash Architect (to był mój ulubieniec). Miałam też pojedyncze błyszczyki i pomadki w większości Inglota - wszystkie bardzo jasne. Pudru używałam bardzo sporadycznie ale kupiłam do niego mój pierwszy pędzel. Był to Inglot 15BJF, który dzielnie służy mi do tej pory. Takie praktyki stosowałam do końca liceum i na początku studiów.
Na studiach ograniczyłam makijaż do pudru,  błyszczyku, czarnej kredki i czarnego tuszu. Zazwyczaj używałam Rimmel Volume Flash Mascara. Dopiero na trzecim roku studiów sięgnęłam po podkłady - na początku sypkie Rimmel Lasting Finish Minerals Powder Foundation oraz rozszerzyłam swoje zapasy o kolorowe kredki i cienie do oczu, bazę pod cienie, kulki brązujące. Dopiero pod koniec studiów (V rok) odkryłam wizaż i bardziej zagłębiłam się w tym temacie. Nakupiłam więcej kosmetyków (w tym marmurkowy róż Avon), oszalałam na punkcie Essence i postanowiłam iść na kurs makijażu. Nawet kupiłam w pośpiechu TEN zestaw pędzli jednak plany się zmieniły i poszłam do szkoły wizażu i stylizacji. Dalszą historię już znacie bo zaczęłam pisać bloga więc jesteście na bieżąco. Teraz staram się malować jak najwięcej nie tylko siebie ale również na sesjach i myślę o rozpoczęciu własnej działalności;)

Pewnie część rzeczy pominęłam bo już o nich zapomniałam ale starałam się opisać wszystko co tylko pamiętam. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam swoimi osobistymi wynurzeniami i będziecie chcieli poczytać jeszcze inne historie z mojego życia:)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...