Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clinique. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clinique. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2014

7 day

Czasami jest tak, że coś się obije o uszy czy jakiś tekst przeleci przed oczyma i nabieramy ochoty na zakup kosmetyku, smakołyku czy gadżetu, ale nieraz bywa i tak, że jedno zdanie lub zdjęcie przekonuje nas, że ta rzecz jest zupełnie nie dla nas i lepiej trzymać się od niej z daleka. W związku z tym dzisiaj przedstawię Wam moją opinię na temat dość znanego kosmetyku. Może zaważy na czyjejś decyzji.
Zapraszam :)
                                    
Clinique
7 day scrub cream
rinse-off formula
                                            
Pierwsze co zwraca uwagę po otwarciu tubki to zapach: kosmetyk paskudnie śmierdzi rozgrzanym na upale grubym i twardym plastikiem :( Byłoby to do zniesienia gdyby nie to, że ten "aromat" jest bardzo mocny i utrzymuje się po nałożeniu na twarz, a wręcz mam wrażenie że nawet wtedy się nasila. Nie do zniesienia jest więc trzymanie go na twarzy dłużnej niż chwilę.
Ma śnieżnobiały kolor a konsystencja jego bazy jest kremowa i bardzo gęsta przez co bardzo przypomina zwarte masło do ciała. Drobinki zawarte w kosmetyku są drobne (jedynie odrobinę większe od ziaren soli) więc trzeba się sporo namachać aby w otoczeniu gęstej bazy przesunęły się na skórę i zaczęły działać.
                                         
W kwestii działania zaskakuje. Pomimo największych obaw, że skończy się na obklejeniu twarzy okazało się, iż jednak da się nim coś zdziałać. Zwolenniczki mocnego tarcia zdecydowanie nie będą usatysfakcjonowane, ale osoby, którym wystarczy delikatny lub średnio intensywny masaż będą zadowolone. Peeling przyjemnie oczyszcza skórę i lekko niweluje suche skórki, jednak nie ma się co spodziewać, że już po jednym użyciu się ich pozbędziemy. Kremowa baza nie zapycha i o dziwo daje się zmyć więc nie pozostawia wrażenia oblepionej chemią skóry, choć ja nadal za nią nie przepadam.
                                                 
Opakowanie mojej 30-tomililitrowej miniaturki jest identyczne jak pełnowymiarowego produktu. Tubka jest idealnie miękka a klapka zamyka się szczelnie i na klik więc kosmetyk jest idealnie chroniony. Grafika Clinique jak zwykle nie zachwyca ale w końcu nie o opakowanie tu chodzi a o skuteczność działania. Jedyne co mi tu przeszkadza to nieprzejrzystość tuby, bo nie widać ile kosmetyku jeszcze zostało w środku ani gdzie on się znajduje, gdyż gęsta konsystencja sprawia że zawartość nie spływa w dół.
                                                
Informacje o pełnowymiarowym produkcie:
POJEMNOŚĆ: 100ml
DOSTĘPNOŚĆ: Perfumerie, internet.
CENA: 99zł
                                      
Słyszałam o nim sporo dobrego ale jak i większość kosmetyków Clinique nie zachwycił mnie, a podobne efekty dają mi kosmetyki kilka razy tańsze.

sobota, 11 stycznia 2014

Pyzata kredka

Strasznie jestem dzisiaj zmasakrowana bo przez wybuchy na słońcu spać nie mogę co bardzo negatywnie wpływa na stan mojej weny ale skoro unoszę się dalej na fali recenzji kosmetyków marki Clinique to naskrobać coś trzeba. Właściwie to nie wiem jakim cudem tyle się ich u mnie namnożyło ale skoro już są to trzeba wypróbować, zrecenzować i zużyć.
Zapraszam :)
                                              
Clinique
Chubby Stick
Moisturizing Lip Colour Balm
06 woppin' watermelon
                                                       
OBIETNICE PRODUCENTA:
                                                                           
SKŁAD:
                                        
POJEMNOŚĆ: 3g
DOSTĘPNOŚĆ: Perfumerie, internet.
CENA: 79zł
                                                  
MOJE WRAŻENIA:
Od razu muszę uprzedzić, że jest to jedno z moich ulubionych naustnych mazideł więc będzie nudno i monotematycznie.
Zapach jest ok, a raczej jego brak bo kosmetyk jest nieperfumowany. Co prawda po przytknięciu go do nosa woń nie jest zbyt urodziwa i trąci chemią ale jak mam te swoje migrenowe fanaberie to spisuje się idealnie bo żaden "aromat" nie plącze mi się pod nosem. Smak jest raczej z tych nieapetyczno-chemicznych ale nie jest uprzykrzający i nie zniechęca do stosowania balsamu. Raczej oducza oblizywania warg.
Konsystencja jest zaskakująca - zwarta i twarda. Nie topi się pod wpływem ciepła ciała a jedynie rozsmarowuje co sprawia, że ubywa go bardzo powoli i wydajny jest ogromnie.
                                                
Kolor jak widać na pierwszym zdjęciu różowy jest dość intensywnie jednakowoż na ustach jest pół-transparentny i delikatny.
                                          
W pełnym słońcu:
                                                       
Pigmentacja jest niezbyt mocna a po aplikacji kosmetyk daje lekko błyszczący, jakby wilgotny efekt. Jednak w miarę noszenia połysk zanika a delikatny pigment pozostaje choć trwałością nie grzeszy i w starciu z obiadem nie ma szans. Można go aplikować bez lusterka więc poprawki nie stanowią problemu.
Dużym plusem jest też jego działanie nawilżające. Nawet jeżeli ktoś nie ma nawyku ciągłego nawilżania ust albo po prostu się śpieszy i nałoży balsam na spierzchnięte usta, to i tak nie ma się czego bać bo pod jego wpływem staną się nawilżone, gładkie oraz miękkie choć nie jest to aż taki poziom nawilżenia i ochrony jakiego się spodziewałam. Będę wyglądać kusząco, apetycznie i zdrowo ale produkt nie zastąpi normalnej regularnej pielęgnacji.
                                           
W cieniu:
                                                   
Ściera się równomiernie i wręcz niezauważalnie. Nie zbiera się w załamaniach i nie tworzy farfocli.
Zmywa się byle czym a jego stosowanie przynosi same korzyści.
                                     
Kosmetyk zamknięty jest w skromnym i bardzo niepozornym kartoników w pastelowej wersji moro ;)
                                                                 
Po jego otwarciu ukazuje się naszym oczom jumbo kredka w kolorze mocnego różu idealnie odpowiadające barwie balsamu o srebrnych wykończeniach i napisach. Wszystko jest trwałe i porządne. Nic się nie ściera, nie rysuje i nie odpada. Zatyczka ściśle przylega do opakowania więc nie ma obaw, że się otworzy w torebce.
Jedyne co mi w nim przeszkadza to to, że sztyft łatwo się nadłamuje w miejscu umocowania i przy aplikacji trochę się majda po opakowaniu dlatego trzeba uważać i wysuwać go tylko odrobinę.
                                                                           
 Podsumowując: Bardzo dobry kosmetyk o dobrych właściwościach nawilżających i ładnym kolorze. Pomimo wad przypadł mi do gustu na tyle, że chciałabym kolejne egzemplarze. Zanim jednak rozbuduję kolekcję to muszę wypróbować balsamy innych marek bo a nóż trafi mi się coś co go zdetronizuje? ;)

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Niewykorzystany potencjał

Po dobrym wrażeniu, które zrobił na mnie płyn złuszczający [KLIK KLIK] postanowiłam jeszcze raz dać szansę marce Clinique. Tym razem padło na preparat intensywnie nawilżający bo stwierdziłam, że moja skóra właśnie tego teraz potrzebuje.
Zapraszam.
                                                                                                    
Clinique
Moisture Surge Intense
skin fortifying hydrator
skin type: very dry to dry combination
                                               
OBIETNICE PRODUCENTA:
Wherher skin is dry  by nature or dehydrated by environmental stress, it needs intense hydration and a strong moisture barrier to keep itsd own moisture in, keep environmental irritants out. This rich cream-gel rehydrates in a flash and for a full 24 hours. Daily use helps fortify and repair skin's moisture barrier. Oil-free formula with aloe soothes, smooths, plumps up fine dry lines. See enclosure.
                                                           
SKŁAD:
water/aqua/eau, cyclopentasiloxane, glycerin, butylene glycol, dimethicone, cetyl ethylhexanoate, squalane, disteardimonium hectorite, peg/ppg-18/18 dimethicone, lauryl peg-9 polydimethylsiloxyethyl dimethicone, triticum vulgare (wheat bran) extract, ahnfeltia concinna extract, olea europea (olive) fruit extract, caffeine, whey protein/lactis protein/proteine du petit-lait, aloe barbadensis leaf powder, chamomilla recutita (matricaria), cholesterol, palmitoyl oligopeptide, sodium hyaluronate, petrolatum, peg-150, sucrose, pyridoxine dipalmitate, linoleic acid, tocopheryl acetate, citric acid, polysilicone-11, propylene carbonate, glyceryl polymethacrylate, peg-8, pentaerythrityl tetra-di-t-butyl hydroxyhydrocinnamate, sodium citrate, sodium hexametaphosphate, chlorphenesin, phenoxyethanol <iln37752>
                                                   
POJEMNOŚĆ: 30ml
DOSTĘPNOŚĆ: Perfumerie, internet.
CENA: 89zł
                                                                    
MOJE WRAŻENIA:
Jest to produkt nieperfumowany więc zapach jest po prostu brzydki, alkoholowy z dodatkiem jakichś chwasto-podobnych aromatów. Na szczęście nie utrzymuje się on po aplikacji więc nie przeszkadza.
Konsystencja jest przyjemna kremowo-żelowa, gęsta ale delikatna. Kosmetyk bardzo przyjemnie i łatwo się rozprowadza.
Barwa kremu jest biała.
                                                                
Kosmetyk łatwo się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej warstwy a jedynie satynowy połysk. Przy stosowaniu na dzień dobrze nawilża i całkiem nieźle natłuszcza oraz stanowi bardzo dobrą bazę pod makijaż. Nie przyspiesza świecenia skóry ani nie skraca trwałości makijażu.
To co spisuje się w dzień niekoniecznie jednak sprawdza się nocą. Wtedy działanie nawilżające i natłuszczające jest niestety zbyt małe. Skóra co prawda jest miła w dotyku ale nie jest aż tak miękka i gładka jak można by oczekiwać. Po przebudzenia skóra ma zdrowy połysk ale nie jest przetłuszczona. Niestety mam wrażenie, iż krem stosowany na noc zwiększa też widoczność porów, a z doświadczenia wiem, że dobrze nawilżający preparat potrafi je u mnie mocno zmniejszyć.
Gdy pod koniec kremu się pochorowałam i mój nos został mocno uszkodzony przez ciągłe pocieranie go chusteczką okazało się, że z suchymi skórkami i podrażnieniami kosmetyk nie radzi sobie zupełnie. Musiałam dodatkowo wspomagać się Cetaphilem bo w przeciwnym razie zostałabym już bez nosa :(
Nie odnotowałam równiez żadnego wpływu na zaczerwienienia ale też obyło się bez niepożądanych skutków ubocznych.
                                                               
Opakowanie to przejrzysty, różowy, matowy słoiczek wykonany z grubego plastiku z lustrzaną, również plastikową zakrętką, zapakowany w zielony kartonik i opatrzony pokaźną ulotką, która w wielu językach informuje o całej serii moisture surge.
                                                     
Podsumowując: Kosmetyk nie jest zły jednak za taką cenę spodziewałam się lepszego efektu. Znam wiele produktów, które za dużo niższą cenę mają nie tylko podobne ale nawet lepsze działanie.
 Polecam tylko fanom tej marki, u których jej kosmetyki przynoszą pewne efekty. Reszcie mogę powiedzieć, że jeżeli chcą wypróbować to tylko na własne ryzyko ;)

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Płyn złuszczający - wstępna opinia

Przyszło mi ostatnio zmierzyć się z kolejnym kultowym kosmetykiem. Tym razem trafiło na produkt, który opinie ma skrajnie różne - albo się go kocha albo nienawidzi.
Co ja o nim myślę?
Zobaczcie sami. Zapraszam :)
                                                         
Clinique
Clarifying lotion 2
Dry combination skin
                                                          
Choć od dawna chciałam go wypróbować to jakoś zawsze pomijałam go przy zakupach. Niedawno jednak sam wpadł w moje łapki w miniaturowej wersji 60ml i już nie było odwrotu. Zdecydowałam, że najwyższy czas zaspokoić ciekawość i dowiedzieć się jak to rzeczywiście z nim jest.
                                           
Z tego co udało mi się dowiedzieć moja mała buteleczka jest dokładnym odwzorowaniem wersji pełnowymiarowej. Jest prosta i dosyć toporna. Wykonana z bardzo twardego plastiku z prostą grafiką i najzwyklejsza na świecie zakrętką. Po otworzeniu okazuje się, że wewnątrz nie ma żadnego aplikatora ani ogranicznika wydobywanego płynu. Wydawałoby się, że przez takie rozwiązanie kosmetyku będzie ubywało w zastraszającym tempie ale jest wręcz przeciwnie. Aby wydobyć produkt wystarczy dokładnie przytknąć wacik do otworu i przechylić butelkę. Nic nie chlusta ani się nie rozlewa a wacik nasącza się w idealnym stopniu. Dla mnie wystarczą dwa takie przechylenia choć początkowo stosowałam trzy.
                                                                            
                                                
- Czy działa?
- O tak!
Już po kilku pierwszych użyciach odnotowałam wysyp pryszczy. Choć wiele osób dyskwalifikuje ten produkt właśnie przez to działanie, to jest to złe podejście bo żeby skóra się oczyściła zanieczyszczenia z niej muszą jakoś wyjść, a jak inaczej niż do zewnątrz w formie pryszcza? No nie da się...
Po wysypie czekała mnie kolejna niespodzianka. Niedoskonałości zagoiły się i znikły w ekspresowym tempie a suche skórki pojawiły się dosłownie tylko na moment i znikły jeszcze tego samego dnia. Już po 2-3 dniach nie było śladu po masakrze.
Dodatkową zaletą stosowania tego płynu jest to, że teraz nielubiani goście nawiedzają mnie dużo rzadziej, są mniejsze i szybko się goją. Są teraz takimi niezbyt przyjemnymi epizodami a nie plagą utrzymującą się po kilka dni.
Choć kosmetyk zawiera całkiem sporo alkoholu to nie odnotowałam żadnych podrażnień czy przesuszeń ani innego negatywnego wpływu na moją skłonną do zaczerwienień skórę. Jest wręcz przeciwnie, jej stan się poprawił i nawet po tak krótkim stosowaniu płynu prezentuje się trochę lepiej niż zazwyczaj.

Płyn jest wodnisty i bezbarwny. Pachnie a raczej śmierdzi alkoholem i w mniejszym stopniu mentolem.
                                                                  
Podsumowując: Bardzo ciekawy produkt. Tak jak się obawiałam - okazało się, że na mnie działa i teraz kusi mnie zakup pełnowymiarowej butli. Przed jej zakupem muszę jednak wypróbować numer 3 bo mam wrażenie, że nr 2 nie robi wszystkiego czego mogłabym od niego oczekiwać. Czekam więc teraz na poświąteczne promocje w Sephorze aby uzupełnić zapasy. Jeżeli mi się to uda to za jakiś czas będę mogła uraczyć Was pełnowymiarową recenzją z długotrwałego stosowania produktu.

niedziela, 10 marca 2013

O jasnych podkładach raz jeszcze...

Jakiś czas temu pokazywałam Wam swatche podkładów o najniższych numerkach, które przynajmniej w teorii powinny być bardzo jasne... Jak to wygląda w rzeczywistości możecie przekonać się TUTAJ.
W związku z tym, że w moje łapki trafiły jeszcze dwie próbki podkładów o niskich numerkach postanowiłam Wam je zaprezentować porównując je do tego co już widzieliście.
                                              
W opakowaniach:
                                                   
Zaraz po nałożeniu:
                                                
Po roztarciu:
                                                    
Udział wzięli, od lewej widzicie:
1. MAC Matchmaster Foundation SPF 15 1.0
2. Yves Saint Laurent Teint Radiance 1
3. Yves Saint Laurent Teint Resist 1
4. Coverderm Color 01
5. Clinique Redness Solution 01
6. L'oreal True Match W1 Porcelain Wersja USA
                                                
Muszę przyznać, że jestem mocno zszokowana tym, że normalnie bardzo jasny podkład MAC w tym towarzystwie okazał się taki ciemny chociaż Clinique i tak bije go na głowę.
                              
Mam nadzieję, że bladziochom ułatwiłam choć trochę poszukiwania podkładu idealnego ;)

wtorek, 24 lipca 2012

No to pięćdziesiątkę...

Taka myśl nasuwa mi się zawsze gdy sięgam po ten kosmetyk, otwieram go, wącham i nakładam. Z resztą gdybyście po niego sięgnęły to miałybyście takie same wrażenia.
Co to za cudak? Zobaczcie same...

CLINIQUE
Youth Sourge Night
Age Decelerating night moisturizer
Skóra mieszana i tłusta

OBIETNICE PRODUCENTA:
Naukowcy Clinique dysponujący najnowszymi badaniami i przełomową wiedzą o sirtuinach, stworzyli krem nawilżający na noc, który wzmacnia naturalny nocny cykl regeneracji komórek. Wypełnione kolagenem linie i zmarszczki wydają się znikać. Rano skóra zyskuje pełen energii wygląd, odzwierciedlający zbawienną moc poprzednich 8 godzin snu.
Typy skóry:Wszystkie.
Źródło: www.clinique.com.pl
 
SKŁAD:
Nie mam ale postaram się zdobyć i wtedy go wstawię;)


MOJE WRAŻENIA:
ZAPACH: Producent obiecuje, że kosmetyk jest bezzapachowy i tak faktycznie jest bo nie wyczuwam w nim ani grama substancji zapachowych co jednak nie znaczy, że krem zapachu nie posiada. Dla mnie krem "pachnie" pleśnią (taka zatęchła i nieprzyjemna woń) oraz hektolitrami spirytusu, który wyczuwalny jest od razu po otwarciu słoiczka i uderza w nos. Mocno czuć go również w trakcie nakładania na twarz.
SMAK: Nie próbowałam.
BARWA: Mleczno biała, nie pozostawia śladów na skórze.
 KONSYSTENCJA: Żelowo-kremowa. Krem ma konsystencję lekkiego żel-kremu. Nie rozpływa się pod wpływem ciepła ciała ale bardzo przyjemnie się rozprowadza i szybko wchłania.
DZIAŁANIE: Szczerze mówiąc nie zauważyłam dobroczynnego wpływu tego kremu na moją skórę gdy stosowałam go bezpośrednio na stonizowaną skórę. Jedyne co zrobił to bardzo delikatnie złagodził bruzdy na czole jednak większość obserwowanych efektów znajdziecie w podpunkcie "skutki uboczne".
WYDAJNOŚĆ: Raczej niska. Używam go 1,5 miesiąca a pozostałość oceniam na jedną czwartą opakowania (no może odrobinę więcej ale na pewno nie jest to 1/3). Jestem mocno zdziwiona bo zazwyczaj krem wystarcza mi na 3 miesiące stosowania.
SKUTKI UBOCZNE: No niestety tutaj jest co wymieniać. W trakcie stosowania tego kremu moja skóra stała się szorstka, chropowata i nieprzyjemna w dotyku, o poranku świeciłam się jak latarnia morska ciemną nocą - widać, że krem spowodował wysuszenie. Na dodatek wywoływał u mnie powstawanie pryszczy i podskórnej kaszki, która następnie zamieniała się w wielkie bolesne i wypełnione ropą gule, szczególnie na czole i brodzie. Zanotowałam również pobudzenie naczynek i zwiększone zaczerwienienie skóry oraz powiększenie porów.
OPAKOWANIE: Bardzo elegancki i lekki słoiczek wykonany z bezbarwnego plastiku, w którego wnętrzu umieszczono srebrny, matowy nie wyjmowany wkład. Na słoiczku umieszczone są zielone napisy i srebrne logo. Całość zapakowana jest w zielone pudełeczko z ciemno zielonymi i srebrnymi napisami.
POJEMNOŚĆ: 50 ml.
DOSTĘPNOŚĆ: Perfumerie i internet.
CENA: Około 220zł ale ja mój tester dostałam w prezencie.
OCENA: 1/6
 
Podsumowując: Zastanawiacie się pewnie jakim cudem zużyłam tyle tego kremu (i nadal go używam) skoro tak źle na mnie wpływa? Otóż znalazłam na niego sposób - na stonizowaną skórę nakładam olejek do skóry odwodnionej, czekam chwilę aż się wchłonie a dopiero na niego krem i wtedy jest już OK. Rano skóra jest matowa, nawilżona i wypoczęta a skutki uboczne nie występują. Niby jest OK i krem daje się zużyć ale kurcze nie tego oczekiwałam od kosmetyku za 220zł. Sama na pewno po niego nie sięgnę.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Bad romance ... miłości z tego nie będzie;)

Już na samym wstępie pragnę uprzedzić Was, że dzisiaj nie będę oceniać pełnowymiarowego produktu a jedynie jego miniaturę, którą otrzymałam jakiś czas temu na wymianie w Sephorze.

Długo zbierałam się do tej recenzji bo mam bardzo mieszane uczucia co do tego produktu i w sumie dalej nie wiem co o nim napisać ani jak go ocenić. Zobaczymy co z tego wyjdzie;)

Clinique
High Impact Mascara
01 Black

OBIETNICE PRODUCENTA:
Mocno nasycony pigmentami kolor błyskawicznie dodaje oczom blasku. Zwiększa objętość i długość każdej rzęsy z osobna, aby nadać im bardziej wyrazisty wygląd. Czysty, głęboki kolor pogłębia ten efekt. Użyj tego tuszu do rzęs raz, a bez niego będziesz czuć się naga. Przetestowany okulistycznie.
Właściwości: Zwiększenie objętości i pogrubienie
 Opis pochodzi ze strony: www.clinique.com.pl

SKŁAD:
Acacia Senegal Gum, Acrylates Copolymer, Aminomethyl Propanediol, BHT, Butylparaben, Calcium Aluminium Borosilicate, Carmine, Chromium Hydroxide Green, Chromium Oxide Greens, CI 42090/Blue 1, CI 77000, ci 77007, CI 77163, CI 77400, Ci 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77510, Copernica Cerifera Wax, Dimethicone PEG-8 Polyacrylate, Disodium EDTA, Ethylhexyl Glyceryn, Ethylparaben, Glyceryl Stearate, Hydrolyced Wheat Protein, Hydroxyethyl Ethylcellulose, Iln32138, Iron Oxides, Isobutylparaben, Isostearic Acid, Lauroyl Lysine, Melanin, Methyl Paraben, MICA, Pantethine, Panthenol, Phenoxyethanol, Polyisobutene, Propylparaben, PVP, Silica, Simethicone, Sodium Dehydroacetate, Sodium Hyaluronate, Stearic Acid, Titanium Dioxide, Urea, VP/Eicosene Copolymer, Water, Yellow 5 (CI 19140)
Skład pochodzi ze strony: www.cosmeticanalysis.com
 
MOJE WRAŻENIA:
BARWA: Czarna i to zdecydowanie.
PIGMENTACJA: Doskonała. Tusz ma odcień niesamowicie intensywnej i głębokiej czerni zarówno w opakowaniu jak i po nałożeniu na rzęsy.
KONSYSTENCJA: Kremowa. Niezbyt gęsta ale i nie za rzadka. Używam go sporadycznie już jakiś czas a ostatnio, odkąd zużyłam poprzedni tusz do każdego makijażu i nie zauważyłam, żeby konsystencja się zmieniła. Wielką zaletą jest to, że tusz się nie grudkuje i nie tworzy glutów.
UŻYTKOWANIE: Bezproblemowe przy pierwszej warstwie natomiast przy dokładaniu kolejnych rzęsy się sklejają i tworzą "owadzie nóżki".
WSPÓŁPRACA Z INNYMI KOSMETYKAMI: Ciężko mi to ocenić bo nic na rzęsy pod niego nie nakładam.
TRWAŁOŚĆ: Raczej średnia. Stosowany na co dzień daje radę ale w podróży rozmazuje się i kruszy. Nie radzi obie również w bardziej ekstremalnych sytuacjach: upały, pot a przede wszystkim łzy sprawiają, że tusz spływa z rzęs i tworzy efekt pandy na dolnej powiece. Co prawda nie jest to jakieś straszne ale i tak mi przeszkadza gdyż tusz jest kierowany do osób z problemami alergologicznymi co wiąże się z tym, że oczy takich osób częściej łzawią więc dla mnie oczywistym jest, że powinien to choć odrobinę wytrzymywać. Nie radzę również ucinać sobie w nim nawet krótkich drzemek bo w tym czasie wyląduje pod oczyma.
EFEKTY: No i tutaj mam ogromny problem. Na dolne rzęsy ten tusz ma bardzo dobre działanie: wyciąga je, dokładnie pokrywając, trochę wydłuża i pogrubia sprawiając, że stają się widoczne a jednocześnie nie przesadzone. Natomiast górne, które u mnie są długie, gęste i dosyć grube jedynie odrobinę podkreśla nadając im czarny kolor. Co prawda tworzą wtedy prawdziwą firankę ale jednak nie tego oczekiwałam. Efekt jest zdecydowanie DELIKATNY i NATURALNY. Nie ma nawet co marzyć o teatralności.
Jak prezentuje się w makijażach możecie zobaczyć TU i TU.
ZAPACH: W opakowaniu chemiczny ale delikatny. W trakcie nakładania i po niewyczuwalny.
SMAK: Nie próbowałam;)
SKUTKI UBOCZNE: Brak.
DEMAKIJAŻ: Trochę problematyczny. Pomimo tego, że tusz na rzęsach nie jest specjalnie trwały to w trakcie demakijażu wymaga kilkukrotnego przetarcia mleczkiem a następnie jeszcze domycia wodą ponieważ pomimo, iż wydaje się, że już go nie ma to nadal potrafi odbić się na dolnej powiece. Kiedyś zapomniałam go zmyć i poszłam z nim pod prysznic co wymagało ode mnie kilkukrotnego przemycia oczu wodą z mydłem alby całkowicie go usunąć.
OPAKOWANIE: Standardowa ciemno zielona, nieprzezroczysta tubka z zatopionym w niej drobnym brokatem i srebrną grafiką. Pełnowymiarowy produkt opakowany jest dodatkowo w pastelowy biało-różowo-zielony kartonik, na którym producent podaje wszystkie informacje.
WYDAJNOŚĆ: Bardzo duża. Moja miniatura służy mi już jakiś czas i nie widać końca.
APLIKATOR: Standardowa, gęsta szczoteczka wykonana z syntetycznego włókna.
 DOSTĘPNOŚĆ: Perfumerie , internet.
 MASA: Standardowo to 7g, moja miniatura to 4g.
CENA:Regularna to 109zł, natomiast moja miniatura kosztowała mnie jedynie opakowanie ze starego tuszu;)
OCENA:  3/6

Podsumowanie: Jestem fanką teatralnego podkreślenia rzęs i dlatego jestem nim bardzo zawiedziona. Konfrontując obietnice producenta z efektami mam wrażenie, że komuś coś się pomyliło i opisał nie ten kosmetyk. Z drugiej strony jednak cieszę się, że miałam możliwość jego przetestowania bo teraz już wiem, że za żadne skarby go nie kupię, gdyż taki sam a nawet lepszy efekt mogę uzyskać tuszem zdecydowanie tańszym.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...